To była zdrada. Moich własnych kotów! Bo jak im powiedzieć, że idę oglądać inne piękności? No zwyczajna zdrada… No ale stało się: wyruszyłem do Hali Ludowej zobaczyć wystawę kotów rasowych. 400 doskonałości.

Nie to, żebym był wielbicielem takich spotkań. No bo można by narzekać: że koty zestresowane, że szalone dzieci (niektóre) chciały niemal łapki kotkom wyrywać, że mamusie obiecywały kupno kotka, choć – jak słyszałem – bladego pojęcia nie miały, jak się tym stworkiem opiekować. Można by. Ale po co?

Po co oglądać piękne koty? Czytałem kiedyś historię podobno autentyczną (potocznie zwaną „faktem autentycznym” – w odróżnieniu od „faktów nieautentycznych”…). Ktoś zapytał, oglądając obrazy znakomitego malarza Henriego de Toulouse-Lautreca, co jest na jednym z jego dzieł. Mistrz miał spojrzeć i odpowiedzieć krótko: „Drogi panie, malarstwo jest jak gó..o: to się czuje, ale nie tłumaczy”. A wszak koty to dzieło doskonałe…

Zamiast więc opowiadać o kocich doskonałościach, pokażę je Wam. Jest też kilka fotek prawie kocich – dla dodania kolorytu. Miłego oglądania

A po powrocie do domu, patrząc ze skruchą w oczy Blue i Bubusława, od razu wyrecytowałem: „Wiecie dobrze, że dla mnie i tak jesteście najpiękniejsze i najinteligentniejsze! Nie mam żadnych innych kotów. Jesteście tylko Wy…”

Sądzicie, że wybaczą?