Zaczęło się niewinnie. A przynajmniej tak się wydawało właścicielowi beżowej suczki z sąsiedztwa. Człowiek zabrał ją ze schroniska. Była młoda, niesforna, radosna. Kiedy nadszedł czas cieczki, Berosław, jak na gorącego Italiańca, interesował się nią bardzo. Za bardzo… Trudno – trzeba było omijać sąsiada i jego psicę przez jakiś czas.

Ale kiedy po dwóch miesiącach suczka ciągle miała cieczkę, a właściciel nie widział problemu, zasugerowałem mu, że warto by się wybrać do lekarza. Uznał to za wtrącanie się w jego sprawy i się obraził – na jakieś dwa lata… I tak chora, męska ambicja (wiem, co to jest – znam to przecież z autopsji…) zabiła radosnego psa. Kiedy już poszedł po rozum do głowy i po pomoc do weterynarza, było za późno – ropomacicze zabiło zwierzaka.

Potem regularnie spotykałem ludzi, których suki były o krok od przeniesienia się do krainy wiecznych łowów. Zawsze powód był ten sam – ropomacicze: paskudna choroba.

Zresztą, moja kocia przyjaciółka Blue też miała ten problem. Wszystko przez ludzką głupotę – moją, ale przede wszystkim… lekarki. Nasz ulubiony weterynarz akurat miał wolne. A tu Bluśce przydarzyła się rujka, tymczasem jej syn, Bubusław akurat był dorastającym kocurem. Postanowił skorzystać z okazji (a tfu – kazirodztwo pod naszym dachem!).

Poszedłem z kotką po poradę do doktorów. A pani lekarka awaryjna bez zastanowienia podała kotce środki antykoncepcyjne. Następnego dnia było już ropomacicze. A zaraz potem ratująca życie sterylizacja… Szczęśliwie udało się uratować moją kocią przyjaciółkę.

Jednak dowody miałam namacalne: z ropomaciczem nie ma żartów. Ale jak się przed nim bronić? Jak zapobiegać? Jakie są jego objawy? Jak leczyć „to coś”?

O to wszystko postanowiłem zapytać wybitnego znawcę problemu, prof. Wojciecha Niżańskiego, kierownika Katedry Rozrodu z Kliniką Zwierząt Gospodarskich Wydziału Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Temat to trudny. Ale wykład jest znakomity!

Masz suczkę albo kotkę? Powinieneś go posłuchać albo przeczytać. Uwaga: to prawie 30 minut ciekawej, chwilami trudnej, ale cennej i świetnie podanej wiedzy. Usiądź więc spokojnie i dowiedz się, co zrobić, by uchronić Twojego zwierza przed tą fatalną chorobą.

Dodam jeszcze tylko, że pierwszych 20 minut rozmowy poświęconych jest ropomaciczu u suczek, a ostatnich 7 – u kotek (im przytrafia się to nieco rzadziej).

Jak sobie radzić z ropomaciczem u suczki i kotki

utworzone przez Zwierzdobry.pl: Maciej Sas i prof. Wojciech Niżański

Rozwiń transkrypcję rozmowy

Ropomacicze to taka rzecz, której boją się chyba wszyscy właściciele psów i kotów, a mówiąc precyzyjniej: suk i kotek. Wiele jest podobieństw i będzie też chyba różnic u obu tych gatunków. Ale przede wszystkim chcę zapytać o to, co to takiego to ropomacicze? Czy to rzeczywiście jest straszna rzecz, której należy się panicznie bać?
Tak, to jest straszna rzecz, której należy się bać! To rzeczywiście tak jest, że ropomacicze brzmi po prostu jak… To jest jak taki diabeł, devil. Ropomacicze to najczęstsza choroba ginekologiczna u suczek niepoddanych wcześniej sterylizacji, czyli u takich, u których nie usunięto narządów płciowych, które posiadają, inaczej mówiąc, macicy i jajników. To najczęstsza choroba ginekologiczna dotycząca samic w starszym wieku, ale niekoniecznie tylko tych…

Ale chyba w większości przypadków pojawia się u tych, które już mają kilka lat – 4-5?
W większości pojawia się u tych, które mają powyżej 6 lat. Dużo by mówić o tej chorobie, bo tak naprawdę, jeśli chodzi przyczyny ropomacicza, to powstało mnóstwo prac naukowych. Jest tak, jak coś jest jasne do końca, to powstaje jedna, czasem dwie prace naukowe i wszyscy wiedzą, o co chodzi. A jak nie do końca wiadomo, w czym rzecz, to wszyscy nad tym pracują. Są więc setki prac naukowych dotyczących ropomacicza. Ja może skrócę wywód na ten temat, jeśli mamy czas?

Skróćmy go, rzeczywiście, ale też z tego powodu, by ci, którzy będą tego słuchali i czytali, czyli zwyczajni właściciele suk i kotek, mogli to zrozumieć. Proszę więc Pana o najistotniejsze informacje.
Od czego by tu zacząć… Przede wszystkim suczki i kotki, ale szczególnie suczki mają bardzo charakterystyczny cykl, tak zwany jajnikowy – jego faza aktywna, związana z akceptacją płciową samca, czyli tak zwaną cieczką, rują lub rujką (jak niektórzy mówią w przypadku kotek), jest bardzo długa. Wskutek tego, że nie trwa ona tak, jak u innych gatunków zwierząt gospodarskich (świnek czy krówek) przez jedną czy dwie doby, tylko trwa dwa, trzy, cztery tygodnie (a więc bardzo długo), to te hormony bardzo mocno oddziałują na organizm. Bo są produkowane w bardzo dużych ilościach estrogeny, progesteron i pochodne hormony. No więc jeśli te hormony są tak długo produkowane, to oddziałują na różne narządy, między innymi na gruczoł sutkowy, ale też na macicę, na jej wyściółkę, na tak zwaną błonę śluzową, która normalnie ma przyjąć zarodek, gdy jest ciąża i tak dalej. Natomiast tutaj załóżmy, że taka suczka nie jest kryta, nie jest wykorzystywana do rozrodu, nie będzie w ciąży – dochodzi do pobudzenia tymi estrogenami, czyli hormonami, które powodują właśnie cieczkę, a później progesteronem…

Wszystko jest już gotowe…
Tak, wszystko jest gotowe – hormony działają: jedne, drugie, no a później… nic. Czyli nie ma ciąży – jest przerwa do następnego razu. I po kilku, może kilkunastu takich sekwencjach zdarzeń, jeśli zwierzę nie zachodzi w ciążę, to ta macica może się powiększyć, bo estrogeny cały czas ją bombardują. A później jeszcze progesteron. Estrogeny powodują zwiększoną wydzielniczość tak zwanych gruczołów macicznych, progesteron natomiast powoduje ich rozbudowę – jeszcze dokłada swoje, zwiększa wydzielniczość tych gruczołów. Powoduje produkcję tak zwanego mleczka macicznego i w którymś momencie może się okazać, że ta biedna macica (atakowana hormonami po raz 10.) w wieku powiedzmy 5-6 lat jest taka duża, że dołącza się drugi element. Pierwszym były hormony, a teraz może się dołączyć element zakaźny, czyli jakieś mikroby, jakieś bakterie .

Jest to więc rodzaj bomby z opóźnionym zapłonem?
Można tak powiedzieć: estrogeny powodują pogrubienie macicy, progesteron to pogłębia. Przez jakiś tam czas (przez 4, 5, 6 lat) – organizm sam sobie z tym radzi, ale w którymś momencie, jak siada odporność…

Estrogeny powodują pogrubienie macicy, progesteron to pogłębia. Przez jakiś tam czas (przez 4, 5, 6 lat) – organizm sam sobie z tym radzi, ale w którymś momencie, jak siada odporność…

…wraz z wiekiem…
…tak, wraz z wiekiem – suczka jest starsza, do walki rzucają się bakterie, które są akurat bardzo zjadliwe. Wchodzą przez szyjkę macicy, atakują macicę, która jest pogrubiona, która produkuje – jak powiedziałem – mleczko maciczne, gdzie te gruczoły są rozbudowane, gdzie ściana jest gruba, ukrwiona. To doskonała pożywka dla bakterii i one się szybko namnażają. Kiedy tak się dzieje, to organizm się chce bronić, więc wytwarza leukocyty (czyli białe krwinki). Efektem tego stanu zapalnego jest produkcja, wytwarzanie tak zwanego wysięku zapalnego, czyli… ropy. Ona się tam gromadzi. To jest taka zupa ropna z bakteriami, z tymi nabłonkami, z tym śluzem, z tymi leukocytami – wszystko gromadzi się w macicy.

No i wreszcie organizm pewnie będzie chciał się jej pozbyć?
Tak, będzie chciał, ale to zawsze dzieje się w takim momencie, kiedy jest właśnie okres akceptywności płciowej. Co więc robią hormony takiej suczki? One rozpoznają, że w macicy coś się zgromadziło. „Aha” – myślą sobie –„To pewnie ciąża!”. I zamykają szyjkę maciczną, w której się gromadzi ropa. Ta infekcja i gromadzenie się tego wysięku zapalnego macicy pozwalają oszukać organizm, jego hormony, które rozpoznają ten stan jako ciążę. Wytwarza się, jak to mówią niektórzy, pseudociąża, czyli stan, w którym zamyka się szyjka maciczna, produkcja progesteronu jest podbijana i wydłużana. I w efekcie stan organizmu się pogarsza.

Bomba jest gotowa do wybuchu: już, lada chwila…?
Dokładnie tak: gromadzi się ta ropa, gromadzi… I stąd właśnie termin „ropomacicze”. Dla właściciela widoczna jest właśnie ta ropa, która się wylewa mniej lub bardziej. Ale ona się wylewa na początku choroby, później ta szyjka macicy się zamyka, znowu się otwiera za jakiś czas, wylewa się co jakiś czas takie ropsko…

Panie profesorze, wystarczy – to brzmi to strasznie…
No strasznie – dlatego właśnie powiedziałem na początku rozmowy, że to jest jest straszna choroba. Po jakimś czasie dochodzi do zatrucia organizmu. Jak jest ropa, to wchłaniają się do krwi toksyny, produkcje rozkładu białek i one zatruwają cały organizm, jak byśmy wypili jakąś truciznę. Niszczą wątrobę, niszczą nerki, atakują system nerwowy i po jakimś czasie organizm jest już tak zatruty, że ten zwierzak przestaje łazić, już tylko leży. I jak nie zrobimy nic, nie zaczniemy tego leczyć, to zwierzę po prostu umrze.

No dobrze, ale żebyśmy zaczęli leczyć, musimy wiedzieć, że coś jest na rzeczy. W tym wypadku musi paść sakramentalne wręcz pytanie o objawy choroby.
Objawy zwykle są takie, że suczka w jakimś wieku zaczyna się – jak to mówią właściciele: „brzydko się czyścić po cieczce”. Czyli pojawia się taki krwawy wypływ. To wygląda jak czysta krew, później trochę jaśniej – ten wypływ na końcu cieczki robi się taki mętny, brzydki, nieładnie pachnący. I to są pierwsze objawy wskazujące na początek ropomacicza. Później, powiedzmy po 2-3 następnych cieczkach, zaczyna się już pojawiać ropa – na początku w małych ilościach, później w znacznie większych. To czasami nie wygląda jak ropa. My sobie zwykle kojarzymy, że to jest jakiś taki żółty czy szary płyn, gęsty, paskudny. Ale czasami wcale taki nie jest – to może być jakieś ciemnoczerwone, o konsystencji wodnistej, brzydko pachnące; czasami może też być brunatne, prawie czarne. Niekiedy wygląda jak krew, a okazuje się, że to ropa. Właściciele suczki mówią czasem: „Panie doktorze, ona brzydko mi się czyści po cieczce”. I wtedy trzeba zrobić badanie, które polega przede wszystkim na ultrasonografii jamy brzusznej, bo jak się ropa gromadzi w macicy, to widać, że ta macica jest powiększona. To od razu wychodzi w badaniu. Trzeba też zrobić badanie krwi, by zobaczyć, czy czasem ta suczka nie jest już poważnie zatruta toksynami.

Ma więc wykazać, w jakim stanie jest organizm jej?
Tak. Leczeniem w wyboru jest wtedy, niestety, usunięcie macicy i jajników. To zabieg ratujący życie. Chociaż w ostatnich latach rysuje się inna możliwość – staje się to coraz bardziej (chociaż to nieładne słowo) trendy, modne: u suk hodowlanych, czyli u takich, które są cenne genetycznie i mają jeszcze urodzić potomstwo, ratuje się często macicę środkami hormonalnymi. Hormonalnie otwiera się szyjkę, hormonalnie likwiduje się tak zwane ciałka żółte, które produkują progesteron (a więc hormon, który podtrzymuje tę pseudociążę), podaje się antybiotyk – nawet przez kilka tygodni. I rzeczywiście, w wielu sytuacjach udaje się zwierzę wyleczyć. Ale…

Strasznie skomplikowana, strasznie droga, strasznie ryzykowna sprawa – tak podejrzewam?
Słusznie, bo leczenie jest dość ryzykowne. Ale coraz więcej lekarzy weterynarii tak robi. Oczywiście, wszystko tak naprawdę zależy od selekcji pacjenta, bo nie można próbować leczyć w sposób zachowawczy, czyli farmakologiczny ropomacicza, gdy stan zwierzęcia jest zaawansowany, bo wtedy po prostu je zamęczymy – nie wyleczymy go, ale „doprowadzimy na drugą stronę widnokręgu” (tak się chyba mówi?). Nie możemy tak robić, absolutnie. Jeśli więc okaże się, że ropa zaczyna się gromadzić, że macica jest trochę rozbudowana, a badania krwi biochemiczne i morfologiczne i badanie kliniczne …

…nie zostawiają wątpliwości?
Tak, nie wskazują na jakąś intoksykację silnego stopnia…

Czyli?
Czyli wyniki badania krwi są w miarę dobre, to wtedy możemy spróbować terapii farmakologicznej.

Ale zwykle jednak nie obędzie się chyba bez interwencji chirurga i bez antybiotykoterapii?
Najczęściej tak, bo zwykle właściciele przychodzą, niestety, ze zwierzątkami, które są w stanie ropomacicza zaawansowanego. Natomiast jest część takich hodowców, czy takich właścicieli, którzy mają ambicje, by ich suczki rodziły potomstwo, którzy są bardzo wyczuleni na punkcie ropomacicza. Dzieje się tak wtedy, gdy mieli już taką suczkę, która cierpiała na ropomacicze, a w takiej sytuacji, jak tylko coś im si nie podoba w cieczce albo po cieczce, od razu przychodzą do lekarza, żeby to sprawdzić. Często reagują nawet za wcześnie, ale lepsze jest monitorowanie zdrowia zwierzęcia zawsze, choćby nawet było niepotrzebne, choćby właściciel wydał niepotrzebnie pieniądze za wizytę u lekarza weterynarii, niż o raz za mało. To jest zawsze lepsze niż przyjść za późno, kiedy już nawet chirurgicznie nie udaje się suczki uratować. Bo jak ktoś przychodzi ze zwierzęciem w silnej intoksykacji, z takim, które nie chodzi, które już nie chce jeść i dużo pije (o czym zaraz jeszcze powiem, bo to są charakterystyczne objawy), to może być już za późno nawet na interwencję chirurgiczną. Najpierw trzeba ustabilizować tego pacjenta, czyli trzeba robić wlewy kroplowe domaciczne, trzeba odżywić to zwierzę, trzeba podać leki, które normalizują tę homeostazę i jego stan. I tak naprawdę dopiero wtedy można można sukę położyć na stole chirurgicznym.

Z tego, co Pan mówi, to bardzo skomplikowana i bardzo częsta sytuacja?
Tak, jeśli chodzi o taki zaawansowany stan pacjenta. Dlatego apelowałbym do właścicieli, którzy się wcześniej nie spotkali z tą chorobą, by zwracać uwagę na to, jak wygląda stan suczki po cieczce, bo ta choroba najczęściej pojawia się od okresu tuż po cieczce do dwóch miesięcy po jej zakończeniu. Czyli te newralgiczne, najistotniejsze są dwa miesiące po zakończonej cieczce. Jednym ze specyficznych objawów jest nagły brak apetytu – pies nie chce jeść.

Nagle traci apetyt?
To tak, jak u ludzi – przy zatruciu traci się apetyt. Druga sprawa to wzmożone pragnienie – takie zwierzęta bardzo dużo piją. Wynika to z tego, że dochodzi do uszkodzenia nerek, do ich opuszkowego zapalenia, wskutek czego wchłanianie jest upośledzone i dochodzi do szybkiego obrotu płynów przez nerki. Typowymi objawami są więc poliuria i polidypsja, czyli suczka dużo siusia i dużo pije. Jeśli więc mamy zwierzę, które miało ostatnio cieczkę, niewyraźnie się czuje, nie ma apetytu, dużo pije, dużo siusia, trzeba przyjść do lekarza weterynarii, żeby zrobił usg jamy brzusznej, co pozwoli sprawdzić, czy nie ma czasem ropomacicza albo choćby jego początków.

Typowymi objawami są poliuria i polidypsja, czyli suczka dużo siusia i dużo pije. Jeśli więc mamy zwierzę, które miało ostatnio cieczkę, niewyraźnie się czuje, nie ma apetytu, dużo pije, dużo siusia, trzeba przyjść do lekarza weterynarii, żeby zrobił usg jamy brzusznej, co pozwoli sprawdzić, czy nie ma czasem ropomacicza albo choćby jego początków.

Warunek konieczny do stwierdzenia, że pojawił się kłopot jest taki, że dobrze dokładnie znać swoje zwierzę?
Oczywiście, trzeba dokładnie mu się przyglądać. Przede wszystkim narząd płciowy zwierzęcia nie powinien być dla nas czymś wstydliwym! Trzeba do tego podejść poważnie i profesjonalnie – dlatego, że jeśli decydujemy się na zwierzę, trzeba wziąć pod uwagę to, co ja często powtarzam studentom weterynarii: to jest narząd, który takie choroby często też dotykają. Nie możemy więc sobie myśleć, że choroba jest tylko wtedy, kiedy dotyczy płuc, wątroby, łapy u zwierzęcia…

Ale tych „wstydliwych” już nie…
No właśnie. Chociaż czasami zdarza się takie zachowanie: przychodzi właściciel i mówi: „ A niech Pan to zobaczy – tam, tam, tam…”. Niektórzy mówią na przykład: „W tym drugim odbycie”, bo się wstydzą powiedzieć „w pochwie” albo „na sromie”. Czasem też pokazują tylko: „O, tam pan zajrzy…”. Niektórzy panowie czerwienią się, dzwonią do żony i mówią „Żona to panu żona wytłumaczy, bo ja się wstydzę”.

Poważnie?
Tak, czasami tak jest… Natomiast doświadczeni właściciele psów, czy hodowcy wiedzą, o co chodzi z ropomaciczem i często są bardzo wyczuleni. Zresztą im zależy na tych tak zwanych „kryciach” i na uzyskiwaniu kolejnych miotów. Oni z kolei częściej proszą o leczenie farmakologiczne, żeby nie tracić możliwości uzyskania potomstwa od takich zwierzątek. Ale, przypomnę, warunkiem tego jest dobry stan kliniczny, więc wczesne wychwycenie wczesnych stadiów choroby.

Z tego, co Pan mówi wynika też, że w przypadku, kiedy nie chcemy mieć już małych zwierzaków, czyli potomstwa tej suki, lepiej, skuteczniej, pewniej będzie po prostu wykonać ostry zabieg chirurgiczny, leczyć to w ten sposób?
To prawda. Ale, idąc tym tokiem rozumowania, powiedziałbym, żeby w ogóle wprowadzić do myślenia o tych chorobach logikę – od początku do końca. Jeśli ktoś ma suczkę, którą chce rozmnożyć (mówiąc bardzo ogólnie), no to niech jej nie sterylizuje, niech uzyska od niej jeden miot albo dwa czy trzy, czyli niech pozwoli jej być mamą, a później, gdy zwierzę jest w wieku pozareprodukcyjnym, może lepiej niech się zastanowi, czy nie byłoby dobrze po prostu wyciąć macicę i jajniki jeszcze przed ropomaciczem. Bo może się tak zdarzyć, że gdzieś pojedzie na wakacje, suka zachoruje i może być za późno… Ja oczywiście nie namawiam nikogo do zabiegu, do krojenia tego zwierzęcia, ale pamiętajmy o tym, że mniej więcej 30-40 procent suczek w starszym wieku, w okolicach 8. roku życia i później, tych niesterylizowanych cierpi na ropomacicze. Ryzyko jest więc bardzo duże! Powtórzę: ropomacicze to najczęstsza choroba ginekologiczna!

Mniej więcej 30-40 procent suczek w starszym wieku, w okolicach 8. roku życia i później, tych niesterylizowanych cierpi na ropomacicze. Ryzyko jest więc bardzo duże! Rropomacicze to najczęstsza choroba ginekologiczna!

Wejdę Panu w słowo, bo chcę zapytać o czynniki ryzyka. Jednym z nich jest (powiedział Pan o tym przed chwilą) niesterylizowanie. Natomiast czy jest też tak (bo to gdzieś wyczytałem), że w pewien sposób mogą zabezpieczyć sukę przed tą chorobą urodziny szczeniąt?
Tutaj znów zdania są podzielone. Nie chciałbym tutaj na ten temat mówić, bo co innego widzimy my – praktycy, a co innego podaje piśmiennictwo, czyli publikacje naukowe, oparte na bardzo rzetelnych badaniach statystycznych. Ale generalnie trudno jest udowodnić, że rodzenie może przestrzec przed ropomaciczem, bo tak naprawdę ropomacicze dotyczy zarówno tych samic, które już rodziły jak i takich, które nie rodziły. Ale, jak widzę, raczej tendencje do ropomacicza wykazują suczki, które nie rodziły i te, które mają często tą laktomanię, czyli ciążę urojoną – prawdopodobnie te, które mają wysoki poziom hormonów w tej aktywnej części cyklu rujowego, gdzie najpierw działają mocno estrogeny, później mocno właśnie progesteron. To powoduje właśnie przemiany narastające, w którymś momencie kończące się właśnie ropomaciczem.
Ale nie powiedzieliśmy jeszcze o jednej ważnej rzeczy związanej z hormonami, które z cyklu na cykl pobudzają gruczoł sutkowy. Drugim elementem, który należy właśnie brać pod uwagę przy zapewnieniu dobrostanu naszym zwierzętom jest właśnie ryzyko pojawiania się guzów sutka. Wrócę więc jeszcze do początku moich rozważań: jeśli decydujemy się na to, żeby mieć suczkę reprodukcyjną (w takim dużym uproszczeniu, choć może to nieładnie brzmi), czyli taką, która ma być mamą, no to może lepiej rzeczywiście niech ona urodzi raz, dwa albo trzy, a później zastanowić się nad sterylizacją, żeby nie rozpoczęło się to ropomacicze, czy jakieś choroby jajników w najbardziej nieodpowiednim momencie, np. kiedy nas nie ma w domu, kiedy my jesteśmy chorzy i nie możemy odpowiednio zareagować. Zdarzają się przeciez różne sytuacje w życiu, prawda?

Albo kiedy jesteśmy gdzieś w świecie i nie bardzo jest dokąd pójść z chorym zwierzęciem?
Kiedy jesteśmy w świecie, jedziemy na kontrakt, kiedy piesek trafi do innego członka rodziny czy do znajomego, bo właśnie gdzieś wyjechaliśmy. Ten ktoś ma dobre chęci, kocha zwierzęta, ale na przykład nie zdaje sobie sprawy, że nasze zwierzę jest chore. Poza tym, jak wspomniałem, u takich niekastrowanych suczek jest pewne ryzyko rozwoju tak zwanych guzów sutka, które są niełatwe w leczeniu…

Tych przypadków jest chyba sporo?
Tak, często dochodzi do takiego złośliwego nowotworzenia w starszym wieku, więc trzeba się z tym liczyć. Jak natomiast postanowimy, że chcemy mieć pięknego pieska – labradorka, yorkusia pięknego czy jakiegoś biszonka – i chcemy mieć go tak po prostu, jako towarzysza, członka rodziny, no to wtedy może lepiej (to jest taki trochę model amerykański) rzeczywiście przeprowadzić w młodym wieku sterylizację, czyli usunąć jajniki i macicę. Kiedy taki zwierzaczek nie ma macicy, to nie będzie cierpiał na ropomacicze, czy na wszystkie torbiele jajników, zespół policystycznych jajników, który też się zdarza.

Taki zabieg oszczędzi mu bólu.
Dokładnie tak – pies nie będzie cierpiał, a przede wszystkim nie umrze nam. Jest prawie że zerowe ryzyko zachorowania na raka sutka, dlatego że jeśli ten zabieg sterylizacji przeprowadzi się przed pierwszą cieczka albo kilka miesięcy po niej, to ryzyko guzów sutka jest niemalże zerowe! Trzeba więc podjąć decyzję… Wiem, że to trudna decyzja, bo to jest młode zwierzę, zwykle mniej więcej półroczne.

Trudna tym bardziej, że często przekładamy to na warunki ludzkie, myślimy, jak sami byśmy się czuli w takiej sytuacji
No właśnie, jak byśmy się sami czuli. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że to jest rutynowy zabieg, rutynowa anestezja, więc zwierzę nie czuje bólu. Zwłaszcza jeśli będziemy się nim odpowiednio opiekować i nie rozliże sobie ten łajdak tej rany, nie zacznie się tym interesować. No bo łatwiej człowiekowi wyjaśnić, że nie ma sobie drapać rany, niż zwierzakowi, bo on to odruchowo będzie robić w momencie gojenia się. Ale można założyć kołnierz elżbietański, jakiś taki fartuszek i generalnie tych powikłań nie ma po takim zabiegu. Robi się to czysto. W krajach skandynawskich, czy u nas też (mamy do tego odpowiednie warunki) robi się to nawet bez antybiotyku, bo jest to rutynowy, czysto robiony zabieg. Powikłania są bardzo rzadkie. Wydaje mi się, że to jest godne polecenia. To jest model amerykański. W Europie w tej chwili też już tak się zaczyna dziać, bo większość lekarzy się przekonała do takiej metody postępowania.

Znowu wejdę Panu w słowo, bo o jeszcze jedną rzecz muszę zapytać. Podobno jest jedna rzecz, która radykalnie zwiększa ryzyko ropomacicza i nowotworów sutka (Pan to potwierdzi albo nie…): środki hormonalne podawane zwierzakom, czyli antykoncepcja.
Oczywiście, z tym się zgodzę w 100 procentach! Jak świat długi i szeroki, unikamy hormonów w ramach antykoncepcji u naszych ukochanych czworonogów: i u kotków i u piesków!

Jak świat długi i szeroki, unikamy hormonów w ramach antykoncepcji u naszych ukochanych czworonogów: i u kotków i u piesków!

Taka antykoncepcja potęguje ryzyko?
Tak i to bardzo. Są oczywiście na rynku środki hormonalne różnych generacji, ale najczęściej to pochodne progesteronu. Nie chciałbym wnikać w to szczegółowo, bo to nie może być wykład akademicki, więc musimy musimy wyjaśnić, o co w tym chodzi, w sposób logiczny, zrozumiały. Niezależnie od generacji środka antykoncepcyjnego i tego, czy jest to środek krótko działający, podany w tabletce, czy w zastrzyku, działający długo, nawet kilka miesięcy, to one zawsze (mniej lub bardziej) potęgują ryzyko powstania tak zwanych metropatii, czyli chorób macicy. Zawsze mniej lub bardziej ją pogrubiają i narażają na atak bakterii. A w efekcie mamy ropomacicze. Jest też druga rzecz – one zawsze (mniej lub bardziej) działają mastopatycznie, a więc powodują wszelkiego rodzaju mastopatie czyli zaburzenia gruczołu sutkowego.

Nowotwory sutka?
O tym właśnie mówię. W efekcie mogą więc wyzwolić cały łańcuch przemian prowadzących do nowotworów. Dlatego unikamy tych środków. Oczywiście u suczek w tej chwili bardzo rzadko się je stosuje. Albo decydujemy się zostawiać normalny cykl, żeby suczka urodziła, albo niektórzy właściciele decydują się na zabieg chirurgiczny. Decyzja należy do właściciela. Chociaż gdyby psa zapytać, to on by chyba nie chciał zabiegu (śmiech). Tyle że my, będąc świadomymi tego, że ten biedak może nam umrzeć na ropomacicze albo na guzy sutka, musimy to dobrze przemyśleć. Nasze zwierzaki żyją długo, bo się nimi opiekujemy. W warunkach naturalnych żyłyby pewnie znacznie krócej i nie dotrwałyby pewnie czasów, gdy pojawia się guz sutka. Pamiętajmy więc, że powinniśmy być odpowiedzialni i odpowiedzialnie do tego podchodzić. Wiem, że jest bardzo duża zależność między wiekiem a ryzykiem guzów sutka i ropomaciczem i pomiędzy podawaniem hormonów. Jest też bardzo duża zależność pomiędzy przeprowadzeniem zabiegu w młodym wieku (oczywiście chodzi mi tutaj o gonadektomię) a tymi guzami sutka. Ta relacja jest odwrotna, czyli jeśli się robi gonadektomię w odpowiednim momencie, to guzy sutka występują dużo rzadziej. Mając tego świadomość, warto się zastanowić, czy nie warto zdecydować się na taki zabiegu, który jest czymś rutynowym. Mówię oczywiście o usunięciu macicy, jajników w młodym wieku. To oczywiście zawsze jest problem, bo pan redaktor pyta mnie o to wszystko i pewnie liczy, że ja dam panu proste odpowiedzi.

Liczę głównie na to, że Pan powie, co rzeczywiście jest ryzykowne, a co nie.
Jak się zaczynam zastanawiać nad metodami tak zwanej antykoncepcji u małych zwierząt, to jest to bardzo trudny temat – nie ma metody idealnej, bo każda niesie za sobą jakieś plusy i minusy.

Jak zawsze w życiu i wszystko…
Tak, ale tutaj szczególnie. Jedyna pewna konkluzja, jaka mi się nasuwa w tym momencie to ta, że zabieg chirurgiczny to ograniczenie ryzyka guzów sutka i przypadków ropomacicza, czyli robienie tego zabiegu gonadektomii w młodym wieku ma sens. Ale wtedy odzywają się inni: „No ta, ale jak we wczesnym wieku usuniemy źródło hormonów steroidowych, to wtedy kości rosną dłuższe, pojawia się ryzyko luksacji rzepki, chorób ortopedycznych”. Tylko trzeba pamiętać, że pomimo ryzyka chorób ortopedycznych i innych, tych powikłań jest bardzo mało, a ryzyko guzów sutka i ropomacicza jest szalenie wysokie – to dotyczy, przypomnijmy, kilkudziesięciu procent populacji!

Zabieg chirurgiczny to ograniczenie ryzyka guzów sutka i przypadków ropomacicza, czyli robienie zabiegu gonadektomii w młodym wieku ma sens.

Jeszcze jedno na koniec: nie będziemy już opowiadali osobno o kotach, ale z Pana słów wynika, że u kotek ropomacicze przebiega nieco inaczej?
Choroba jest podobna, nazywa się podobnie, ale trudno ją porównać u obu gatunków, bo nieco inna jest jej etiologia (przyczyna – przyp. Zwierz Dobry), troszeczkę inna też patogeneza (mechanizm powstawania – przyp. Zwierz Dobry), również symptomatologia (objawy – przyp. Zwierz Dobry). Przede wszystkim u kotki ropomacicze pojawia się tylko wtedy, gdy ona zaowuluje, a nie zawsze owuluje w tak zwanej rui. U kotek dochodzi do tak zwanej owulacji prowokowanej. A prowokuje ją zwykle samiec.

Dlatego kotka tak się drze w czasie miłych, intymnych chwil?
Tak, dlatego tak się drze (śmiech). On wprowadza do pochwy swój narząd płciowy, kopulują kilka razy i w efekcie w którymś momencie dochodzi do owulacji. Albo wywołuje ją lekarz podający hormony, które mają zastymulować owulację po to, by przeprowadzić sztuczną inseminację. Ewentualnie czasami zdarza się tak, że do owulacji może doprowadzić nawet… głaskanie kotki przez właściciela. Niektórzy twierdzą też, że około 10-20 procent kotek owuluje spontanicznie. Niezależnie od tego ryzyko tego ropomacicza jest trochę mniejsze, niż u suki, bo kotka musi zaowulować. Te, które nie mają kontaktu z samcem, hormonami albo z głaskającym właścicielem, nie owulują i ropomacicza raczej mieć nie będą, bo przypomnijmy, jaki ono ma związek z owulacją: dopiero po tym procesie występuje formowanie progesteronu, ciałek żółtych, które produkują progesteron. Ten drugi element jest więc potrzebny do rozwoju ropomacicza. Pierwsze były estrogeny w czasie rui, w tym tzw. marcowaniu, a dopiero później owulacja. Dopiero jak dochodzi do wybuchu progesteronu, hormonów, to wtedy może rozwinąć się ropomacicze. Samo przez się rozumie się więc, że ryzyko ropomacicza jest nieco mniejsze, niż u suczek, gdzie ten progesteron jest uwalniany zawsze, po każdym cyklu, po każdej cieczce. A u kotki – tylko w przypadku części tych cykli. No ale załóżmy, że jest ten progesteron, doszło do owulacji, jest formowanie ciałek żółtych, jest produkcja progesteronu i tutaj właśnie jest podobnie jak u suczek, ta patologia, ten mechanizm jest podobny. Jest też jednak kilka kolejnych różnic: o ile u suczek szyjka maciczna zawsze się zamyka i wytwarza się właśnie takie typowe ropomacicze, taki worek wypełniony tym brzydkim płynem, który powoduje zatrucie organizmu, o tyle u kotek ta szyjka maciczna zamyka się rzadko – zwykle jest otwarta.

A więc wszystko, co złe, może wypłynąć?
I tak się dzieje. Właściciel zwykle mówi wtedy: „Panie doktorze, ona się marcowała, marcowała, szukała chłopców, a teraz to ma cieczkę od dwóch tygodni”. Ja zawsze wtedy pytam: „Jaką cieczkę?”. „No coś jej płynie, tak ja u suczki” – słyszę odpowiedź. Patrzę, a tam coś wypływa. Zwykle to coś różowego, różowawo-białego. Czasami to ma jakąś taką konsystencję budyniu, czasami jest wodniste, to może być jakaś kropelka śluzu.

Wtedy właściciel kotki nie ma już chyba czasu do stracenia?
To prawda. Tylko pamiętajmy o tym, że to nie jest tak bardzo niebezpieczne, jak u suczki, ponieważ nie zamyka się szyjka. A ponieważ dochodzi do ewakuacji, ta ropa wypływa swobodnie, to zatrucie organizmu narasta dużo wolniej i ten organizm nie jest tak bardzo zatruty. Kotki dobrze znoszą ropomacicze – one mogą z nim żyć tygodniami i jak właściciel się nie zorientuje, to nie wykazują objawów takich, jak suczki, a więc: dużo pije, dużo siusia czy nie chce jeść. One lepiej sobie radzą. Jeśli więc ktoś ma kotkę, która jest niesterylizowana, marcowała się, a później coś się dziwnego pojawiło na sromie, ona coś sobie wylizuje spod ogona, to lepiej przyjść do lekarza i zrobić usg, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Kiedy się okaże, że to ropomacicze, znowu decydujemy: albo nóż, czyli chirurgia, albo, jeśli jest to jakaś nie wiadomo jak cenna maine coonka czy bengalka (właściciel już sobie planował, że będzie miot, ona będzie po prostu podstawą hodowli w naszym kraju, czy gdzieś tam w rejonie), to można się zdecydować na leczenie farmakologiczne. Ono będzie skuteczne, jeśli kotka jest w dobrym stanie, jej organizm nie jest zatruty, co się okaże po przeprowadzeniu badań krwi biochemicznych. Ale podstawowym postępowaniem z wyboru zwykle jest zabieg chirurgiczny.

Jeszcze jedno: czy u kotek, tak samo jak w przypadku suk, ryzyko ropomacicza wiąże się z wiekiem, a więc im starsza, tym większe prawdopodobieństwo?
Raczej tak – częstotliwość pojawiania się tej choroby wzrasta z wiekiem. Chociaż muszę podkreślić jedną rzecz, by przestrzec właścicieli piesków i kotków. Ktoś powiedział, że jest małe kłamstwo, duże kłamstwo i statystyka. Na kogo trafi, na tego bęc… Pamiętajmy, że czym innym jest prawda ogólna i generalizowanie pewnych prawd, wyliczenia specjalistyczne, tabelki, rzędy liczb, a czym innym realne życie. To, że ropomacicze najczęściej zdarza się w tej grupie, nie znaczy, że nigdy nie zdarza się w innej. Zdarza się, tyle że rzadziej – młodym suczkom i młodym kotkom też się może się przydarzyć. Przebieg choroby w takich przypadkach jest najcięższy.

Zapewne najbardziej gwałtowny?
Tak. Mam takiego pacjenta, to suczka rasy chow-chow, która miała pierwszą cieczkę i od razu ropomacicze. A właściciele strasznie chcą ją przeznaczyć do rozrodu. Robimy, co można, ale na razie choroba nie daje się wyleczyć. W takiej sytuacji pojawia się problem. Nie wiem, czy ona w efekcie nie trafi na stół – tak, jak się to robi rutynowo u starszych suczek.

Mówi Pan o stanie ratowania życia po prostu?
Tak. Na razie jest bezpiecznie, ale chcę przestrzec: mówimy, że to choroba, która pojawia się najczęściej w starszym wieku najczęściej, ale pamiętajmy, że to jest tylko statystyka. Z tym jest tak, jak z innymi sprawami – choćby z pogodą: to, że o danej porze roku w danym miejscu gdzieś tam w Afryce średnia temperatura to powiedzmy 30 stopni, to nie znaczy, że któregoś dnia nie może tam być o takiej samej porze 15 stopni. Wiadomo, to wszystko się składa na średnią. Może się więc okazać, że 90 procent przypadków ropomacicza dotyczy zwierząt w wieku powyżej 6. roku życia, ale zostaje jeszcze 10 procent… I nigdy nie wiadomo, czy akurat nie trafimy na takiego zwierzaka. Starajmy się więc nie wierzyć w to, że to niemożliwe: jest młoda, więc nie będzie miała ropomacicza.

Wynikają z tego dwa ważne wnioski: w przypadku zdrowia naszych zwierząt nie wierzymy w statystyki, a po drugie: wierzymy w to, że trzeba znać swojego psa czy kota.
I trzeba właśnie myśleć przy tym i zastanawiać się, co zrobić, żeby było mu najlepiej, dbać o jego dobrostan. Jeśli więc coś nas niepokoi, od razu powinniśmy podejść do swojego „weta”. To, o czym mówię, to nie jest nabijanie klienteli lekarzowi. Tu chodzi o to, że choroba, o której mówimy, a właściwie tych kilka chorób, bo wspomnieliśmy też o guzach sutka, są bardzo niebezpieczne! Nieprzyjście w odpowiednim momencie do „weta” może oznaczać wielki problem. Bo kiedy przyjdziemy za późno, lekarz będzie mieć kłopot, by tę suczkę czy kotkę wyprowadzić z choroby.

Parafrazując tytuł znakomitego filmu, trzeba uważać, by nie było o jeden dzień za daleko?
Dokładnie tak…

Tym, którzy wysłuchali całego, wyjątkowego wykładu, przypomnę, że Zwierz Dobry rozmawiał już z prof. Niżańskim na temat sterylizacji i kastracji kotów psów. Warto posłuchać. I warto zrobić wszystko, by słowo „ropomacicze” znać tylko z wykładów i opowieści, a nie z cierpień naszych czworonożnych przyjaciół.