Było tak: dom zarzygany całkowicie (ten naturalizm jest tu niezbędny…) , kot Bubusław siedział wystraszony pod łóżkiem, a na podłodze leżały porozrzucane przedmioty wyciągnięte z mojego czarnego plecaka. Rzut oka wystarczył, żeby przerzedzone włosy stanęły w „pozycji zasadniczej”, czyli na baczność: kot pożarł tabletki przeciwbólowe!

To dlaczego ich, kretynie, nie schowałeś?! – zakrzykniecie. Otóż schowałem – szczelnie w kieszeni plecaka. Wszystkiego strzegł mocny suwak metalowy. Ale Bubusław jest kotem ambitnym. I zawsze głodnym (co ma znaczenie dla tej opowieści).

Byłem w pracy, a on się nudził – postanowił więc dla rozrywki otworzyć zamek. Siedział sobie kilka godzin, cierpliwie pazurem walcząc z suwakiem. A kiedy już mu się udało, z radością stwierdził, że w środku jest coś, co idealnie nadaje się na przekąskę: niebieskie, przeciwbólowe kapsułki zawierające ibuprofen. Przegryzł dwie i wychłeptał ich zawartość. No i się zaczęło: dom nadawał się do generalnych porządków…

Ale nie o tym pomyślałem: natychmiast zapakowałem niebieską łajzę do kontenerka i popędziłem do zaprzyjaźnionego lekarza. Nie do naszego, domowego weterynarza, bo to za daleko – tu czas miał znaczenie. Jak się skończyło? Bubu szczęśliwie przeżył. Dzięki szybkiej interwencji lekarskiej.

Cała ta przygoda jeszcze raz jednak uświadomiła mi, jak ważne jest szybkie i świadome działanie. Tu sprawa była prosta: wiedziałem, że kot pożarł trujący dla niego lek i ile tego było. Ale często zwierz czuje się kiepsko, a nie wiemy dlaczego: zjadło coś w szafki na chemikalia? Wredny sąsiad podrzucił kawałek mięsa z trucizną? A może to trutka na gryzonie?

Jak więc stwierdzić, że to zatrucie? Co robić: wywoływać wymioty? Podawać adsorbenty (czyli środki, które zneutralizują truciznę)?

Żeby nie opowiadać głupot, o radę poprosiłem doświadczonego zwierzęcego internistę, doktora nauk weterynaryjnych Wojciecha Hildebranda:

Jak postępować, gdy nasz zwierz zjadł truciznę

utworzone przez Zwierzdobry.pl: Maciej Sas i dr Wojciech Hildebrand

Pobierz transkrypcję rozmowy

Co świadczy o tym, że nasz pies czy kot zatruły się czymś?
Jeżeli substancja trująca działa na przewód pokarmowy, to pierwszymi objawami mogą być: ślinienie i wymioty. To symptomy, które zdradzają, że z przewodem pokarmowym coś jest nie tak, jak powinno – to pierwszy mechanizm obronny zwierzęcia: coś mu zaszkodziło, więc ono stara się pozbyć tej szkodliwej substancji. Niestety, nie każda substancja tak działa, nie każda wywołuje wymioty. Częściej mamy do czynienia z efektem opóźnionym, czyli w momencie, kiedy ona się już wchłonęła i działa na organizm toksycznie. Wtedy uszkodzi wątrobę, nerki – to jest bardziej szkodliwe, bo nie wiemy, o co chodzi, nie możemy szybko powiązać ze sobą faktów.

Te substancje, którymi zwierzęta mogą się zatruć w domu, są chyba dość standardowe: detergenty, jakieś chemikalia zawierające chlor?
Chlor i detergenty to najczęściej zatrucia przypadkowe – zwierzę bawi się butelką, coś mu chrupie w środku, wreszcie przebije zębami i się poparzy. To są sytuacje oczywiste dla właściciela – on widzi, że zwierzę zaczyna się ślinić czy pojawiają się na jego skórze jakieś białe plamy. No bo tu zwykle chodzi o podchloryn sodu – zawierające go substancje powodują właśnie takie białe zabarwienie błon śluzowych.

Można więc powiedzieć, że to stosunkowo łatwe, bo właścicielowi zapala się swoista lampka alarmowa?
Tak. Gorzej jest, gdy pies poszedł z właścicielem do garażu i tam znalazł jakąś butelkę po płynie do chłodnic zawierającą glikol. On sobie to liże, bo to jest słodkie, więc mu smakuje (nie ślini się przy tym w ogóle), a powoduje bardzo silne zatrucia: uszkodzenie wątroby, nerek wzroku. Bo to jest alkohol w bardzo silnym stężeniu.

Gorzej jest, gdy pies poszedł z właścicielem do garażu i tam znalazł jakąś butelkę po płynie do chłodnic zawierającą glikol. On sobie to liże, bo to jest słodkie, więc mu smakuje (nie ślini się przy tym w ogóle), a powoduje bardzo silne zatrucia: uszkodzenie wątroby, nerek wzroku. Bo to jest alkohol w bardzo silnym stężeniu.

A że psy (w odróżnieniu od kotów) czują słodki smak, chętnie się poczęstują.
Rzeczywiście, psy (rzadziej koty) chętnie to zlizują.

Z takim zatruciem pewnie trudniej sobie poradzić?
Trzeba będzie powiedzieć lekarzowi przy okazji wizyty, gdzie pies był, co mógł zjeść. To dotyczy też innej sytuacji, gdy na przykład schodzimy z psem do piwnicy, a nie zauważyliśmy informacji, że została tam wyłożona trutka na szczury. Czasami psy zjadają takie trutki, bo one są smaczne – muszą smakować szczurowi, żeby zechciał je zjeść. Zdarza się też, że kot łowny złapie i zje jakieś osłabione, zatrute czymś takim myszy. I może się zatruć tym, co trafiło do mysiego organizmu – takie rzeczy też się zdarzają. Zwłaszcza że teraz mamy sezon jesienno-zimowy, kiedy dużo częściej stosuje się wszelkie środki przeciw gryzoniom. To są substancje, które zaburzają krzepnięcie krwi – zwierzę po jakimś czasie (nie od razu) zaczyna wymiotować, zaczyna mieć krwawe biegunki i czerwone plamy na ciele, tzw. wybroczyny.

Te pojawiają się pewnie kilkanaście godzin po zjedzeniu trucizny…
Albo nawet kilka dni po tym. To niestety wynika z faktu, że szczury są zwierzętami bardzo inteligentnymi: gdyby zobaczyły, że padają od razu po zjedzeniu jakiejś substancji, przestałyby ją jeść. W związku z tym taka trucizna musi działać dopiero po jakimś czasie, żeby szczur nie skojarzył jej z efektem działania. Niestety, nas to też zwodzi, bo nie kojarzymy tego z taką trutką – objawy pojawiły się przecież po kilkunastu godzinach albo nawet kilku dniach od jej zjedzenia.

Tak naprawdę nie wiadomo więc, z czego wynikają kłopoty i jak sobie z nimi poradzić…
Trzeba dość dużej wnikliwości, żeby połączyć te fakty.

Jaki jest więc właściwy sposób postępowania w chwili, gdy zaczynamy podejrzewać, że nasz kot czy pies zjadł coś, czego nie powinien i został zatruty?
Czy został zatruty, tego nie wiemy, to dużo powiedziane…

Ma Pan racje: źle się wyraziłem. Pies albo kot zatruł się czymś…
Przede wszystkim, jeżeli widzimy, że zwierze ma coś dziwnego w pysku, powinniśmy się starać szybko to wyciągnąć – mam na myśli granulki czy jakąś podejrzaną substancję. Od początku, od pierwszych chwil powinniśmy uczyć nasze zwierzaki, żeby nie zjadały nieznanych sobie substancji. Trzeba je zachęcać w ten sposób, że jak widzi coś takiego na spacerze, odwołujemy psa, dajemy mu smakołyk itd.

Mówi Pan o szkoleniu zwierzęcia, uczeniu, żeby nie jadło czegoś, czego nie podał mu właściciel.
Tak, mam na myśli konsekwentne szkolenie, a więc formę profilaktyki. Natomiast jeśli już taka substancja jest przez zwierzę jedzona, staramy się ją wyciągnąć z pyska. Jeśli to się nie udaje, postarajmy się wywołać wymioty: najprostszym, domowym sposobem na to jest podanie do pyska zwyczajnej, 3-procentowej wody utlenionej rozcieńczonej w stosunku 1:1 z mlekiem. Podaje się to aż do chwili uzyskania pożądanego efektu – przeważnie jest to kilkanaście-kilkadziesiąt mililitrów, które trzeba podać doustnie. Zwykle to sprawia, że zwierzę zwymiotuje. No a potem trzeba jeszcze sprawdzić, czy w wymiocinach są jakieś elementy, które mogłyby się okazać tą trutką. Jeśli nic takiego nie ma, powinniśmy jak najszybciej udać się do lekarza! Zresztą, tak czy inaczej powinniśmy pojechać szybko do lekarza i poinformować go o tym, że zwierzę zjadło coś podejrzanego, że coś połknęło, że mogło się czymś zatruć.

Jeśli już taka trująca substancja jest przez zwierzę jedzona, staramy się ją wyciągnąć z pyska. Jeżeli to się nie udaje, postarajmy się wywołać wymioty: najprostszym, domowym sposobem na to jest podanie do pyska zwyczajnej, 3-procentowej wody utlenionej rozcieńczonej w stosunku 1:1 z mlekiem.

Powinniśmy zachować zimną krew i stać się detektywami, a więc dokładnie sprawdzić miejsce, w którym mogło dość do zatrucia, zebrać dowody?
Jeżeli byliśmy z psem w piwnicy i nie kojarzymy, co się mogło tam wydarzyć, zejdźmy tam raz jeszcze i sprawdźmy, czy nie wywieszono tam kartki, że wyłożono trutkę na szczury. Jeśli tak, to sprawdźmy, jaka to jest substancja, zróbmy tej ulotce zdjęcie smartfonem, żeby to pokazać lekarzowi, by wiedział, jakie antidotum trzeba podać. Nie na wszystkie trucizny jest antidotum, ale na część – tak. Na przykład jeśli są to środki, które zaburzają krzepliwość krwi, podaje się witaminę K.

A jeśli zwierzę zwymiotowało, warto zebrać to wszystko, wrzucić do jakiegoś pojemnika i zawieźć do lekarza?
Tak dzieje się tylko w filmach… Można by to zbadać, poddać analizie toksykologicznej, ale to lekarz musi wysłać taką próbkę do laboratorium. Nie w każdym miejscu jest laboratorium, które zbada coś takiego. Ale – przynajmniej teoretycznie – taka możliwość jest.

Mówił Pan o wywoływaniu wymiotów, ale w przypadku niektórych substancji takie wymioty są niepożądane, bo na przykład chlor może dodatkowo uszkodzić błony śluzowe w przewodzi pokarmowym i w drogach oddechowych.
Zgadza się, dlatego w takiej sytuacji lepiej podać substancję o pH zasadowym. Jeśli to był kwas, podajemy mleko (ono ma pH zasadowe), żeby ten kwas zneutralizować. A jeśli jest to substancja zasadowa, podajemy na przykład roztwór kwasku cytrynowego. Ale podstawa, podkreślmy to raz jeszcze, szybko zabrać zwierze do lekarza weterynarii!

Bywają takie sytuacje, kiedy dzieje się coś takiego w nocy albo w czasie świąt, gdy dostęp do lekarza jest utrudniony. Co wtedy zrobić? Mówi się, że warto podać węgiel medyczny.
W ogóle zawsze warto mieć w domu zapisany telefon do zaufanego lekarza albo do kliniki, która w danym mieście pełni całodobowy dyżur. Natomiast jeśli już zwierzę coś połknęło i nie udało się nam sprowokować wymiotów, można podawać tzw. adsorbenty, czyli na przykład węgiel medyczny (Carbo Medicinalis), żeby ewentualnie on wchłonął substancję, która gdzieś w żołądku czy w dwunastnicy już jest. Żeby osiągnąć odpowiedni efekt, trzeba podać jedną tabletkę na 5-10 kg masy ciała psa czy kota. A potem obserwujemy zwierzę. Tylko trzeba pamiętać, żeby później się nie zdziwić, że są czarne stolce. Nie można pomyśleć, że to efekt krwawienia, czarnej krwi.

Jeśli już zwierzę coś połknęło i nie udało się nam sprowokować wymiotów, można podawać tzw. adsorbenty, czyli na przykład węgiel medyczny (Carbo Medicinalis), żeby ewentualnie on wchłonął substancję, która gdzieś w żołądku czy w dwunastnicy już jest. Żeby osiągnąć odpowiedni efekt, trzeba podać jedną tabletkę na 5-10 kg masy ciała psa czy kota.

Czytałem też, że można podawać glinkę kaolinową.
Tak, jeśli ktoś ma do niej dostęp. Ale bezpieczniejszy jest węgiel medyczny. Myślę, że warto zostać przy tym…

Jeszcze jedna sprawa: poza chemikaliami domowymi, lekami, czy rozbitą baterią, mamy rzeczy nam nieszkodzące, a dla zwierzaków stanowiące truciznę. Ta może być z czekoladą, z rodzynkami czy winogronami.
Oczywiście, są takie substancje – teobromina (zawarta w czekoladzie) czy kofeina, jeśli będą w nadmiarze, mogą spowodować objawy zatrucia. Dla psów dość mocno toksyczna jest czekolada. Są osobniki odporne, które zjedzą całą tabliczkę i nic im się nie stanie, ale w większości przypadków czekolada może wywoływać zaburzenia żołądkowo-jelitowe. W takich sytuacjach warto prowokować wymioty. No i zawsze chować czekoladę przed psami…
Jeżeli zaś chodzi o koty, one są bardzo wrażliwe na rośliny cebulowe, lilie czy czosnek. Niektórzy myślą, że dając kotu czosnek, podnoszą jego odporność. A to powoduje niszczenie krwinek czerwonych, prowadzi do anemii, a w efekcie nawet do śmierci.

Są jeszcze leki: widząc, że nasz pies czy kot cierpi, podajemy mu ludzkie leki przeciwbólowe. W ten sposób też możemy zaszkodzić.
Jak najbardziej – zwłaszcza że psy i koty są dużo bardziej wrażliwe niż człowiek na te powszechnie używane preparatu przeciwbólowe i przeciwgorączkowe, jak ibuprofen czy paracetamol. Te leki, podawane w dużych dawkach i często, mogą nawet doprowadzić zwierzę do śmierci. Lepiej więc ich nie używać. Znacznie bezpieczniej jest podać zwierzętom leki weterynaryjne. Można też zawsze zadzwonić do lekarza i zapytać, co jest dobre, a co – nie. To też zależy od tego, czy zwierzę jest zdrowe, czy nie jest przypadkiem leczone na jakąś niewydolność narządową. Bo wtedy trzeba dopasować lek do stanu zwierzęcia.

Dr Wojciech Hildebrand wspomniał o tym, że najpewniejsza metoda to zapobieganie, a więc odpowiednie szkolenie psa, żeby nie brał do paszczy wszystkiego, co „upoluje” na spacerze. Tu z fachową poradą w sukurs przychodzi nam Jacek Gałuszka, psi szkoleniowiec, behawiorysta, założyciel szkoły Wesoła Łapka:

Musimy nauczyć psa komendy „Nie rusz!” (może też być „Fe!” albo „Zostaw!” – konkretne słowo nie ma znaczenia, liczą się konsekwencja i cierpliwość).

Pierwszy etap: w domu kładziesz coś smakowitego na podłodze i mówisz „Nie rusz!”. Kiedy pies próbuje to zabrać, uniemożliwiasz mu to, podnosisz smakołyk. A jak zrezygnuje ze zjedzenia, podnosisz to i go nagradzasz – dajesz mu do zjedzenia. A więc: żeby to dostać, musi najpierw zrezygnować.

Etap drugi to rozrzucanie smakołyków na podłodze w mieszkaniu. Pies musi być na smyczy, aby w razie potrzeby zablokować mu dostęp do tych smakołyków. Gdy, słysząc „Nie rusz!”, rezygnuje z próby ich zjedzenia, w nagrodę podnosimy smakołyk i podajemy psu.

Następnie ćwiczymy w czasie spaceru – postępujemy tak samo, jak w domu. Oczywiście pies musi być na smyczy, żebyśmy go zdążyli zablokować, gdyby chciał zjeść to, co rozrzuciliśmy. Teoretycznie, jeśli to dobrze przećwiczyliśmy w domu, to gdy w czasie spaceru zauważy coś smacznego, na komendę „Nie rusz!” powinien się cofnąć od tego (za co oczywiście go nagradzamy). Ważne, żeby na początku były to rzeczy niezbyt atrakcyjne, a więc nie kawałki pachnącej kiełbasy, ale na przykład suchy chleb (choć są psy, które uwielbiają akurat takie pieczywo…).

Później zwiększamy stopień trudności ćwiczenia, dołączając atrakcyjniejsze smakołyki. Takie sytuacje trzeba powtarzać wielokrotnie…

Ale w sytuacji, gdy zagrożone jest psie życie, bo wiemy na przykład, że ktoś rozrzuca zatrutą karmę, jedynym naprawdę skutecznym sposobem jest zastosowanie bodźca zniechęcającego. Polega to na tym, że w momencie, gdy pies próbuje w czasie spaceru pożreć coś, co znalazł w trawie, obroża elektroniczna, którą ma na sobie, emituje krótki impuls skutecznie przerywający tę próbę. UWAGA: tego narzędzia nie powinien używać samodzielnie właściciel! Trzeba to zrobić pod okiem fachowca, który wie, jakie bodźce wybrać, żeby pies nie zgeneralizował sytuacji i, zamiast bać się tylko jedzenia tego, co znajdzie na spacerze, nie zaczął się bać np. wychodzenia na spacer w ogóle!

To (jak już wspomniałem) warto zrobić wtedy, gdy wiem, że mam sąsiada psychopatę, który rozkłada w okolicy trutkę, żeby psa zabić. Wtedy nie ma się co zastanawiać: lepiej szybko nauczyć zwierzę, że nie wolno mu brać w czasie spaceru niczego do pyska, bo to oznacz śmierć! Nie ma czasu na wielomiesięczne uczenie psa komendy „Nie rusz!” i eksperymentowanie. Kiedy mamy do czynienia z sytuacją typu „życie albo śmierć”, wybór jest oczywisty – używam najszybszej metody. Owszem, ona jest obarczona ryzykiem, ale jest ono i tak mniejsze niż śmierć mojego psa.

Natomiast w przypadku normalnym, gdy systematycznie, spokojnie szkolę szczeniaka, wystarczy komenda: „Nie rusz”. Z moją Frelką jest tak, że na komendę „Nie rusz!” ona wypuści z pyska wszystko. Ale uczyłem ją tego od początku. Ona doskonale wie, że kiedy chwyci nawet coś arcysmacznego, a ja powiem: „Nie rusz!”, natychmiast to wypluje. Ale to efekt setek, jeżeli nie tysięcy powtórzeń takiego ćwiczenia… To jedna z podstawowych komend ratujących życie, których powinniśmy nauczyć psa. Drugą taką jest przywołanie do właściciela, żeby na przykład rozbrykany pies nie wbiegł pod samochód.

Jacek Gałuszka, psi szkoleniowiec, behawiorysta, założyciel szkoły Wesoła Łapka

A że powtarzanie jest podobno matką nauki (tak twierdzili Rzymianie), powtórzę: jeśli podejrzewasz, że Twój kot czy pies się zatruły, jak najszybciej zabieraj je do lekarza weterynarii! I zawsze miej w domu adres kliniki w pobliżu, która jest czynna cała dobę (nie wiedzieć, dlaczego, zwierzaki często broją coś w nocy albo w czasie świąt). To może uratować życie.

Co się zaś tyczy Bubusława, który się niebieskich tabletek nażarł (a właściwie napił tego, co w nich było), to właśnie szybka wizyta u lekarza uratowała mu życie. Pan doktor od razu podał futrzakowi leki i zaordynował dużą kroplówkę – żeby wypłukać toksyny z puchatego kota.

I tak spędzaliśmy długie popołudnie w klinice, czekając, aż kropelki spłyną do wąskich, kocich naczyń krwionośnych. I modląc się, żeby Bubu to przetrwał. Mocno był osłabiony, ale gdy nagle zobaczył na szybą psa, zasyczał z całą stanowczością. Ewidentnie chciał zabić kundla! Wtedy już wiedziałem: mój kot jest uratowany… 🙂

Zdjęcia: Maciej Sas, Alicja Zmysłowska