Wendy musi żyć. Wendy (dla przyjaciół Wanda) to wielka miłość Berosława. Nie to że taka duża – mała jest. To urocza suczka rasy cavalier king charles spaniel (to ta ze zdjęcia powyżej). Mieszka po sąsiedzku, więc mój psi przyjaciel ma wiele możliwości jej spotkania. Ale, przyznajmy to otwarcie, niezbyt romantycznie do sprawy podchodzi: natychmiast, gdy ją zobaczy, rusza do przedłużania gatunku. Udać mu się nie może. I to z dwóch powodów. Pierwszy to różnica wielkości. Drugi – Wanda jest wysterylizowana. Te „drobne” przeszkody wcale nie zniechęcają jurnego bergamasco. Moi znajomi twierdzą, że nic w tym dziwnego, bo „Włoch to Włoch – nawet jeśli to pies”…

Po co te dziwne słowa sprzed chwili, że Wendy musi żyć? Prawie rok temu nagle zaniemogła: zrobiła się ospała, markotna, niechętna do jedzenie. Było szybkie konsylium sąsiedzkie i równie szybka reakcja: pora na lekarza. A konkretniej na onkologa. Podejrzenia okazały się słuszne: nowotwór macicy. Lekarz zaordynował terapię. Pomogła? Zaraz do tego wrócimy.

Na razie zobaczmy, co w ogóle może onkolog weterynaryjny…

Im mniej pacjentów u mnie, tym lepiej!

– Niech państwo uśpią psa, bo ma raka – taką propozycję usłyszelibyśmy zapewne od lekarza weterynarii jeszcze 15 lat temu. Dziś dzieje się tak coraz rzadziej, bo – podobnie jak w przypadku ludzi – onkolodzy zwierzęcy są w stanie zaoferować pacjentowi skuteczną pomoc, np. 2-3 lata komfortowego życia. Warto? To już oceńcie sami. O tym, jak pomóc naszym czworonożnym domownikom, rozmawiałem jakiś czas temu z trójką lekarzy, którzy byli polskimi pionierami tej dziedziny: z dr. Wojciechem Hildebrandem z Wrocławia, dr. Dariuszem Jagielskim z Warszawy i lek. wet. Leonardem Gugałą ze Szczecina.

Dr Hildebrand od razu stanowczo zażądał, bym napisał, że nie są jedynymi, którzy leczą nowotwory zwierząt: – Proszę nie napisać, że tylko my w trójkę zajmujemy się onkologią weterynaryjną! Owszem, rozpropagowaliśmy ją i rozwijaliśmy, dlatego jesteśmy może nieco bardziej rozpoznawalni. Ale coraz więcej lekarzy zajmuje się tym. I to ze świetnym skutkiem! – tłumaczy.

Skromność ważna rzecz, ale jednak to ta trójka organizuje od lat warsztaty, seminaria i wykłady, w czasie których przekazuje wiedzę innym. To sprawia, że do gabinetów moich rozmówców trafia mniej pacjentów. A oni… cieszą się z tego, bo – jak mówią – dzięki temu właściciele chorych zwierząt nie muszą jechać na drugi koniec Polski, wydając pieniądze bez potrzeby. Zwyczajnie: stać ich na leczenie.

Najważniejsze jest porozumienie z właścicielem psa czy kota

Jak leczyć? Generalnie rzecz ujmując, tak samo, jak człowieka. Nie to jest jednak, jak się okazuje, najważniejsze w przypadku nowotworów u zwierząt domowych. Onkolodzy mówią, że liczy się przede wszystkim to, jak właściciele chorych zwierząt postrzegają problem. Jak tłumaczy dr Jagielski, kluczowe znaczenie ma porozumienie, czyli rozmowa na początku, która pozwala lekarzowi i właścicielowi psa czy kota ustalić priorytety.

– Bardzo niedobrze, gdy one się różnią, bo potem z tego zawsze wynika katastrofa: prędzej czy później pojawiają się rozbieżności w postrzeganiu tego, co się dzieje – wyjaśnia. – Właściciel musi mieć świadomość, że my zwykle nie wyleczymy całkowicie choroby nowotworowej i to, że z taką chorobą można żyć. Ale możemy zaoferować np. rok dobrego życia. I to właściciel decyduje, czy leczymy, czy nie. A potem sam ocenia jakość życia zwierząt.

Właściciel musi mieć świadomość, że my zwykle nie wyleczymy całkowicie choroby nowotworowej i to, że z taką chorobą można żyć. Ale możemy zaoferować np. rok dobrego życia. I to właściciel decyduje, czy leczymy, czy nie. A potem sam ocenia jakość życia zwierząt.

Leonard Gugała dodaje, że to bardzo trudna sprawa, bo nawet część lekarzy weterynarii jest sceptycznie nastawiona do leczenia onkologicznego. – Nasi koledzy mówią niekiedy: „Wiesz co, to jest barbarzyństwo operować psa, który za 4-5 miesięcy będzie musiał być uśpiony!” – mówi.

Jak dodaje, sam nie ma takich dylematów – zawsze szczegółowo rozmawia z właścicielami zwierzęcia i kiedy pada pytanie, co on by zrobił w takiej sytuacji ze swoim psem czy kotem, odpowiada, że gdyby wiedział, że jego zwierz pożyje w komforcie nawet tylko dwa miesiące, nie zastanawiałby się ani chwili.

Zdaniem dr. Jagielskiego często problemy w podejmowaniu decyzji o leczeniu chorego kota albo psa biorą się z tego, że przenosimy ludzkie realia na świat zwierząt. To błąd, bo inne są priorytety w onkologii człowieka, inne w weterynaryjnej. W przypadku ludzi liczy się utrzymanie ich przy życiu.

– Dla nas najważniejsza jest jakość życia – leczenie onkologiczne jest o tyle uprawione, o ile zwierzę prowadzi normalne życie, które sprawia mu przyjemność. Liczy się głównie jego komfort – wyjaśnia. – Wielu ludzi ma doświadczenia z onkologii ludzkiej, które wiążą się z negatywnymi przeżyciami. Słysząc słowa: „nowotwór”, „chemioterapia”, „leczenie”, często negatywnie się do tego odnoszą.

Dla nas najważniejsza jest jakość życia – leczenie onkologiczne jest o tyle uprawione, o ile zwierzę prowadzi normalne życie, które sprawia mu przyjemność. Liczy się głównie jego komfort.

Czasami zdarza się, że gdy pada słowo „chemioterapia”, właściciele się wycofują. Są sytuacje, gdy celem terapii jest zupełne wyleczenie zwierzęcia. Wtedy jest ona intensywna, mogą pojawić się skutki uboczne. Ale powiedzmy to sobie szczerze – takie sytuacje nie są bardzo częste. W większości przypadków leczenie ma zapewnić głównie odpowiednio długie życie na akceptowalnym poziomie.

Jak dodaje dr Wojciech Hildebrand (na zdjęciu poniżej), zwierzę nie ma przed oczami kalendarza i nie myśli sobie: „O, zostało mi jeszcze 5 dni życia”. Ono się cieszy każdym kolejnym dniem. – I to jest najważniejsze – żebyśmy zaoferowali mu jak najwięcej dobrych dni bez cierpienia. Naszym calem jest zlikwidowanie cierpienia. Jeżeli więc nowotwór trawi łapę, zwierzę cierpi, nie może chodzić, owszem – można podawać leki przeciwbólowe. Ale można też amputować tę łapę, która jest źródłem bólu. I pies chodzi, jest szczęśliwy na trzech łapach. Może tak żyć kilka lat – podkreśla.

A kiedy trzeba powiedzieć: „Koniec!”? Wrocławski onkolog weterynaryjny wyjaśnia, że tak się dzieje wtedy, gdy terapia nie przynosi pożądanych efektów, a zwierzę czuje się coraz gorzej.

– Amerykanie mówią, że trzeba się zastanowić, czy więcej jest dobrych dni, czy złych. Jeśli dobrych jest więcej, warto leczyć. Jeśli więcej jest złych (na 10 dni terapii przez 8 pies czuje się źle) – to terapia nie ma sensu – wyjaśnia obrazowo.

Nie czekaj, działaj!

Co można zrobić, gdy właściciel zwierzęcia jest już przekonany, że leczenie ma sens? Lek. wet. Leonard Gugała, specjalizujący się w chirurgii onkologicznej mówi, że w 90 procentach przypadków niezbędna jest przede wszystkim szybka i mądra interwencja chirurgiczna (zwykle połączona z chemioterapią lub radioterapią). Jak dodaje, chirurgia onkologiczna to „wyższa szkoła jazdy” – potrzeba do niej wszechstronnej wiedzy i wielkiej wyobraźni. I wcale najczęstszymi przypadkami nie są amputacje zaatakowanych kończyn. To w dużych lecznicach, takich jak w należącej do niego, zdarza się 3-4 razy w roku.

– Niedawno operowałem psa z nowotworem nadnercza. Nikt nie chciał się tego podjąć, bo nadnercze to delikatna struktura, a poza tym w czasie operacji może się pojawić wiele nieprzewidzianych spraw – tłumaczy. – Operacja trwała 2,5 godziny i skończyła się wielkim sukcesem. Potem właściciele napisali do mnie: „Przywrócił pan radość życia naszemu psu”.

Innym razem do jego szczecińskiej kliniki trafił pies z rozległym guzem w gardle. Lekarz usunął nowotwór, wiedząc, że guz będzie odrastał. Asekuracyjnie więc od razu zrobił tracheotomię (jak podaje Wikipedia: „to zabieg otwarcia przedniej ściany tchawicy i wprowadzenie rurki do światła dróg oddechowych i tą drogą prowadzenie wentylacji płuc. W wyniku tracheotomii zapewnia się dopływ powietrza do płuc, z pominięciem nosa, gardła i krtani”). Pacjent żył 7 miesięcy w komforcie. Potem pojawiły się przerzuty i właściciele zdecydowali się ulżyć jego cierpieniom.

– Po jakimś czasie dostałem od nich piękne zdjęcie psa z napisem: „Dziękujemy za 7 miesięcy życia”. To było coś fantastycznego! – mówi, uśmiechając się.

A co, jeśli psu trzeba amputować łapę? Według dr. Dariusza Jagielskiego dla zwierzęcia to nie jest wielki problem – ważne, by nie cierpiało. – Mamy takie powiedzenie, że pies ma trzy swoje łapy i jedną zapasową. To oddaje sytuację: on się przyzwyczaja, traktuje to jako normę. Kiedy rozmawiam z właścicielami chorego zwierzęcia o amputacji, zwykle pokazuję im filmy z psami po takim zabiegu – to najlepsza rekomendacja. Bo wielu ludzi postrzega to jako znęcanie się nad zwierzęciem – tłumaczy.

Mamy takie powiedzenie, że pies ma trzy swoje łapy i jedną zapasową. To oddaje sytuację: on się przyzwyczaja, traktuje to jako normę. Kiedy rozmawiam z właścicielami chorego zwierzęcia o amputacji, zwykle pokazuję im filmy z psami po takim zabiegu – to najlepsza rekomendacja

I dodaje, że ma cały katalog takich filmów. – Najstarszy pies, jakiemu amputował kończynę, miał 15 lat. To była amstafka z nowotworem kości. Ta łapa potwornie ją bolała. Leki przeciwbólowe nie były w stanie całkiem znieść bólu. Alternatywną była eutanazja. Pies żył kilka miesięcy bez bólu.
Jak dodaje, ból to najgorsze uczucie dla zwierzęcia. – W przypadku ludzi mówi się często, że cierpienie uszlachetnia. To wierutna bzdura! Cierpienie tylko poniża – mówi.

Chcesz leczyć Twoje zwierzę? Jedź za granicę!

Druga pod względem skuteczności w leczeniu nowotworów u zwierząt domowych jest radioterapia. U ludzi wykorzystuje się ją jako element leczenia w 40 procentach przypadków. Identycznie mogłoby być u zwierząt. Kłopot w tym, że w Polsce nie ma ani jednego aparatu wysokich energii do zwierzęcej radioterapii (tzw. przyspieszacza liniowego). Owszem, jest aparatura wykorzystująca niższe energie – np. w podwrocławskich Groblicach (w kolejnej bardzo dobrej przychodni onkoweterynaryjnej). Jednak takie urządzenie umożliwia jedynie leczenie nowotworów skóry.

Oczywiście, szukając pomocy, można wyjechać do ośrodków za granicą – do Wiednia, Monachium, Hoffenheim, Paryża czy w Postojnej na Słowenii. Od razu powiedzmy, że to droga terapia. Jeśli zamiarem jest całkowite wyleczenie, potrzebnych jest kilkanaście cykli naświetlań, czy – jak mówi dr Dariusz Jagielski – „frakcji”. Za to trzeba zapłacić około 3 tysięcy euro. Mniej cykli jest potrzebnych, gdy wykorzystuje się terapię paliatywnie, także do zwalczania bólu. Wtedy zapłacimy znacznie mniej.

– Radioterapia jest skuteczną metodą zwalczania bólu, szczególnie kości. Tam zmniejsza jego natężenie o niemal 70 procent na okres nawet 2-3 miesięcy – wyjaśnia. Oczywiście do tych kwot trzeba dodać koszty podróży i pobytu w ośrodku dysponującym niezbędną aparaturą.

Radioterapia jest skuteczną metodą zwalczania bólu, szczególnie kości. Tam zmniejsza jego natężenie o niemal 70 procent na okres nawet 2-3 miesięcy.

Dlaczego w Polsce nie ma aparatu do radioterapii? Oczywiście za sprawą pieniędzy. – To bardzo droga rzecz. Akcelerator liniowy (czyli urządzenie wzbudzające promieniowanie w momencie ich włączenia) i specjalne pomieszczenia do jego umieszczenia to wydatek rzędu milionów euro. Nie stać na to żadnej prywatnej kliniki w Polsce. Może udałoby się, gdyby na jakiejś uczelni zrobić grant na badania? – zastanawia się dr Wojciech Hildebrand.

Mimo wysokich kosztów coraz więcej osób decyduje się na wyjazd za granicę. Dr Jagielski ma teraz kilku pacjentów po radioterapii. – Mają duże efekty uboczne. Jakie? Różnie bywa – zależy jak poważny to przypadek i jak intensywna musi być radioterapia. Czasami to są duże odczyny: zapalenie skóry, poparzenia. To jest największy problem w radioterapii stosowanej po to, by wyleczyć – mówi.

Jak dodaje, kilka miesięcy temu, gdy razem z Wojciechem Hildebrandem i Leonardem Gugałą był na warsztatach onkologicznych w Stanach Zjednoczonych (University of Wisconsin-Madison) oglądali aparat do tomoterapii – to połączenie akceleratora liniowego i tomografu komputerowego. Dzięki niemu lekarz może na bieżąco weryfikować miejsce, w które podaje dawkę terapeutycznego promieniowania. To sprawia, że precyzyjniej niszczy tkanki nowotworowe, oszczędzając otaczające je zdrowe. To sprawia, że znacznie mniej jest skutków ubocznych.

Tam, gdzie chirurgia i radioterapia nie wystarczają albo w ogóle nie można z nich skorzystać, trzeba – znowu podobnie jak u ludzi – sięgnąć po chemioterapię. Tak jest choćby w przypadku częstych chłoniaków, czyli nowotworów węzłów chłonnych.

– Nie da się usunąć czy naświetlić wszystkich węzłów chłonnych. Dzięki nowoczesnej chemioterapii udaje się w 80 procentach przypadków spowodować wycofanie choroby na rok czy więcej. Natomiast w 10 procentach przypadków to jest całkowite wyleczenie – mówi dr Wojciech Hildebrand.

Terapie przyszłości w onkologii weterynaryjnej

Również w przypadku weterynarii są też „terapie przyszłości”. Pierwsza z nich to szczepionka na czerniaka psów wyprodukowana w Stanach Zjednoczonych, a zawierająca gen ludzkiej tyrozynazy. – Daje to odpowiedź immunologiczną u psa przeciwko komórkom produkującym melaninę. Stosujemy ją po zabiegach operacyjnych, chociaż w środowisku onkologów weterynaryjnych trwa ciągle żywa dyskusja na jej temat. Takie leczenie to wydatek kilku tysięcy złotych…, ale jest dostępne – mówi dr Dariusz Jagielski. – Poza tym nie została zarejestrowana w Unii Europejskiej, zapewne z powodu obecności materiału genetycznego człowieka w swoim składzie…

Tu dotykamy delikatnej materii – żeby móc coś wprowadzić do powszechnego użytku, potrzebne są żmudne, drogie badania kliniczne. W medycynie ludzkiej ocena poszczególnych leków i terapii odbywa się w dużych grupach, obejmujących tysiące ludzi. Osoby, które nie kwalifikują się do standardowej terapii, są wprowadzane do badań klinicznych. W ich przypadku próbuje się nowych terapii, co jest uzasadnione moralnie, bo jeżeli standardowe terapie nie dają nadziei, należy spróbować nowych rzeczy.

– Niestety, w europejskiej, a szczególnie w polskiej medycynie weterynaryjnej nie ma takich badań. Jakiś czas temu trzy razy składałem wniosek do Komitetu Badań Naukowych o grant badawczy, który miał za zadanie stworzenie Polskiego Rejestru Nowotworów Zwierząt. To miało służyć kompletowaniu grup badawczych do sprawdzania poszczególnych leków. Trzy razy wniosek odrzucono, bo ważniejsze są zwierzęta gospodarskie… – dr Jagielski nie kryje rozczarowania.

To decyzja o tyle dziwna, że badania miały służyć również ludziom. – Uzasadnieniem była obserwacja zwierząt towarzyszących, żyjących w warunkach takich samych jak ludzie. A ponieważ psy i koty żyją znacznie krócej, u nich tendencja do nowotworów ujawniałaby się prawdopodobnie znacznie szybciej niż u ludzi. Znacznie wcześniej więc bylibyśmy w stanie wyłapać występowanie nowotworów w przypadku zwierząt – mówi dr Dariusz Jagielski. – Czynniki ryzyka są podobne: wiemy np., że częstsze są nowotwory u kotów, których właściciela palą papierosy. Koty (co wykazały badania) wdychają dym, zlizują zawarte w nim substancje z sierści. To powoduje nowotwory pyska i języka – zwykle raka płaskonabłonkowego. W przypadku psów pewnie jest podobnie, ale nie było takich badań. My musimy się opierać na danych naukowych… Badaniami, jak mówi doktor Jagielski, powinny się zajmować polskie wydziały weterynaryjne.

Wiemy np., że częstsze są nowotwory u kotów, których właściciela palą papierosy. Koty (co wykazały badania) wdychają dym, zlizują zawarte w nim substancje z sierści. To powoduje nowotwory pyska i języka – zwykle raka płaskonabłonkowego.

Mówiąc o nowoczesnych sposobach leczenia, wspomnijmy też szczepionkę na mięsaki poszczepienne kotów. Kłopot w tym, że została zarejestrowana w Unii Europejskiej dla sytuacji, gdy chirurgicznie usuwana jest zmiana nowotworowa, później kot jest poddany radioterapii, a w końcu podaje się szczepionkę.

– My mamy oczywiście problem z napromienianiem, bo niewiele osób się decyduje na taki wyjazd za granicę. Choć kilku takich ludzi leczyło u mnie zwierzęta – przyznaje zwierzęcy onkolog z Warszawy. – Wielu właścicieli kotów decyduje się na podawanie szczepionki nawet bez radioterapii, choć nikt nie potrafi powiedzieć, czy to jest skuteczne, bo nie ma żadnych badań na ten temat.

Czas na prewencję

Odpowiedni sposób życia, dieta, zmiana nawyków – w przypadku ludzi to może zmniejszyć ryzyko pojawienia się nowotworu. Czy tak samo jest ze zwierzętami? Z nimi jest trudniej, bo zwykle nie ma badań, które potwierdzałyby taką zależność.

Z pewnością najprostszą metodą prewencji jest hormonoterapia, czyli np. wczesna sterylizacja suk i kotek, która w ogromnym stopniu likwiduje problem występowania guzów gruczołu mlekowego.

– Amerykanie nie mają z tym problemu w ogóle. W ciągu dwóch tygodni pobytu w klinice, która jest na topie klinik onkologicznych w USA, nie zetknęliśmy się z ani jednym takim przypadkiem – podkreśla dr Jagielski. – Suki trzeba sterylizować maksymalnie przed drugą cieczką, a kotki – przed ukończeniem roku.

Co ciekawe, z kastracją jest inny problem, bo – jak wyjaśnia dr Jagielski – są dwa niezależne badania naukowe, które wykazują, że kastracja powoduje częstsze występowanie nowotworów prostaty u psów!

O jeszcze jednym banalnym sposobie zapobiegania nowotworom wspomina dr Wojciech Hildebrand. Okazuje się, że Amerykanie często narażają swoje psy na chłoniaka nosa, bo dbają o trawniki, intensywnie je nawożąc i pryskając DDT. Psy to wdychają i nowotwór gotowy… warto o tym pamiętać, dbając o trawnik przy domu.

Wiesz już, co można zrobić. Chcesz się dowiedzieć więcej o onkologii weterynaryjnej? Warto zajrzeć na poświęconą tej dziedzinie stronę stworzoną m.in. przez dr. Dariusza Jagielskiego.

Ale czy warto? Zapytałem o to moich sąsiadów, właścicieli Wandzi, ukochanej Berosława. Suczka trafiła do kliniki dr. Hildebranda. Badania wykazały, że ma nowotwór macicy. Niezbędna była rozległa, ciężka operacja. Przeszła już kilka cykli chemioterapii. Ma się dobrze, choć czasami smutnieje. A wtedy właściciele patrzą na nią z niepokojem, zastanawiając się, czy raczysko nie atakuje ponownie.

Jednak kiedy dzisiaj, kilka miesięcy po diagnozie pytam właścicielkę Wendy, Joannę Zając, czy warto było, patrzy na mnie jak na nienormalnego. – Pewnie że warto! Bez tego już by nie żyła! Zastanawiam się tylko, jak długo jeszcze zostanie z nami… – dodaje zafrasowana.

 

Zdjęcia: Robert Zając (2), Maciej Sas