Czym różni się adopcja mądra od niemądrej? Dlaczego nie każdy pies jest dla każdego człowieka? Jak to jest, że nie wymyślono jeszcze pilota, który umożliwiałby sterowanie psem? O tym wszystkim mówi Dariusz Ornal, zoopsycholog ze Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Lublinie

Kiedy się zastanawiam nad psami schroniskowymi, od razu przypominają mi się słowa piosenki: „Pojawiasz się i znikasz…”. Podejrzewam, że mógłby ją Pan często zanucić, widząc niektóre psy u Was w schronisku (w innych pewnie jest podobnie…)?
Może nie dzieje się tak bardzo często, ale na pewno… za często! Bo wie pan: wystarczy, że jeden pies się powtórzy i to już jest „za często”. Rzeczywiście – zdarzają się takie przypadki. W lubelskim schronisku mamy się akurat czym pochwalić, bo średnio miesięcznie 120 zwierząt trafia do adopcji (90 psów i 30 kotów). To moim zdaniem duże osiągnięcie. Ale zdarzają się też „zwroty”…

Właśnie o nie chcę Pana zapytać, bo to są rzeczy, które wynikają z nieprzygotowania człowieka do tego, by mieszkać ze zwierzęciem pod jednym dachem. Ale też chyba z nieprzygotowania do tego, że to zwierzę czasami może mieć za sobą trudną przeszłość?
Wydaje mi się, że winne jest przede wszystkim konsumpcyjne nastawienie ludzi, czyli: „Idę do schroniska, nie wydam pieniędzy, wezmę psa i jeszcze wszystkim się będę chwalił, że to ja uratowałem psu życie! Jaki ja jestem dobry, wspaniałomyślny bo gdzieś tam w mediach celebry ci namawiają do adopcji psów, a nie do kupowania…”

Celebryta wziął psa, to ja też wezmę i będę taki jak on?
Tak, będę kimś lepszym, tak na pokaz. Często dzieje się to właśnie pod wpływem impulsu, chwili, mody. I bardzo często liczy się odczucie wizualne, czyli „ten pies mi się podoba!”. Nawet wtedy, kiedy człowiek stara się przetłumaczyć, żeby jednak przemyśleć decyzję podczas rozmowy, dopytać o coś, sprawdzić, jakie są oczekiwania osób chcących adoptować zwierza, ale też jakie są ich możliwości, co oni psu potrafią dać – ile swojego czasu…

O to też pytacie przy adopcji?
Oczywiście, bo to podstawa. Ale bardzo często nie da się niczego przetłumaczyć, bo każdemu się wydaje, że on wszystko wie lepiej: bo już kiedyś w życiu miał psa, zna się i jest tak odpowiedzialny, że nawet z pracy się zwolni, by psami się opiekować… I po jakimś czasie pies wraca do nas. Nieraz dzieje się tak po 2-3 dniach, nieraz po jednej nocy, bo „pies tak wszystko zdemolował, nie daje rady w nowym domu…”. Po prostu zdaniem człowieka to zwierz nie zdał egzaminu. Ale to nie pies nie zdał egzaminu, bo zdać go miał nowy właściciel! No ale zazwyczaj on wszystko zgania na psa: nie daje mu możliwości wyzbycia się tego stresu, przyzwyczajenia się do nowego środowiska.

Bardzo często nie da się niczego przetłumaczyć, bo każdemu się wydaje, że on wszystko wie lepiej: bo już kiedyś w życiu miał psa, zna się i jest tak odpowiedzialny, że nawet z pracy się zwolni, by psami się opiekować… I po jakimś czasie pies wraca do nas. Nieraz dzieje się tak po 2-3 dniach, nieraz po jednej nocy, bo „pies tak wszystko zdemolował, nie daje rady w nowym domu…”. Po prostu zdaniem człowieka to zwierz nie zdał egzaminu. Ale to nie pies nie zdał egzaminu, bo zdać go miał nowy właściciel!

Nauczenia się siebie nawzajem.
No właśnie! Zwykle adoptujący oczekują odpowiedzi od opiekunów w schronisku na pytania dotyczące psa: czy on na pewno lubi dzieci, czy on się dogada z kotami itd. Ja mówię po pierwsze, że w schronisku nie ma dzieci, że nie możemy w ten sposób eksperymentować, nie damy gwarancji…

…a po drugie nie ma kotów, z którymi one żyją razem w klatkach…
To prawda. Są koty w naszej kociarni, ale to też nie dzieje się na zasadzie, że biorę psa i tam go prowadzę, wpuszczę na kociarnię, żeby zobaczyć, jak on się zachowuje. Mogę ocenić pierwszą reakcję psa na widok kota czy dziecka. Ale przeciez każde dziecko jest inne i każdy pies jest inny – w przypadku jednego zwierzęcia dziecko się otworzy i będzie super, stworzy się zgrany duet (pod warunkiem, że rodzice będą go kontrolować…). Ale nieraz jest tak, że kompletnie nie zaiskrzy, jest kiepsko. No ale ludzie oczekują od nas takich odpowiedzi, a później często są zarzuty, że oni nie byli o czymś tam poinformowani. Żadne schronisko nie jest w stanie przewidzieć, jak ten pies się w nowym środowisku będzie zachowywał, jakie bodźce mogą uaktywnić jakieś jego cechy!

Z tego, o czym Pan mówi, wynika bardzo ważny fakt: psy, które do Was trafiają, czasami mają za sobą bardzo trudną przeszłość, o której Wy też nie wiecie. Z jakimi rzeczami trzeba się liczyć, adoptując takiego zwierzaka ze schroniska? Często pojawiają się kłopoty, które wymagają cierpliwości, umiejętności, wiedzy i tak dalej.
Chyba każdy, kto się zetknął ze zwierzętami poschroniskowymi przyzna mi rację, że przede wszystkim są to psy, które wykazują duże predyspozycje do tego, by wpaść w lęk separacyjny. Po prostu one już straciły właściciela. W schronisku, mimo tego, że są wolontariusze i opiekunowie, to jednak pies nie jest w stanie nawiązać prawdziwej więzi z ludźmi, którzy się tam przewijają.

Nie ma stałego punktu odniesienia?
Pies
się cieszy na widok człowieka, ale przecież ten mu zaraz znika. Za godzinę czy na drugi dzień przyjdzie ktoś inny. W momencie, kiedy trafi do nowego domu, do tej nowej rodziny wielogatunkowej, on się bardzo mocno i szybko przywiązuje. Wiele osób w takiej sytuacji od razu bierze urlop, bo chce się zaopiekować tym psem, żeby on się nie czuł zagubiony, że zostawiony w nowym miejscu będzie miał problemy… Owszem, to podejście zdroworozsądkowe, ale z punktu widzenia człowieka, a nie psa.

Takie zachowanie nowego właściciela paradoksalnie może szkodzić psu?
Owszem, bo to nasza nadopiekuńczość. W efekcie bardzo szybko dochodzi do nadmiernego przywiązania – pies już kiedyś stracił człowieka i za nic na świecie nie chce, żeby się to powtórzyło. Bardzo lgnie do tego człowieka. Dlatego, jeśli ktoś bierze psa ze schroniska do domu w czwartek czy piątek i później ma cały weekend albo dłuższy urlop, to świetnie. Jednak trzeba pamiętać o tym, żeby od razu wprowadzać ten proces odłączania, czyli pozostawiania zwierzęcia w samotności chociaż na chwilę.

Chodzi o naukę pozostawania w domu bez człowieka?
Tak. Pies, trafiając do nowej rodziny, przez pierwszy okres pobytu stara się rozgryźć, jakie tu panują rytuały, jak się dostosować, na ile sobie może pozwolić. Jeżeli wtedy będziemy traktować psa jak psa – w dobrym znaczeniu tego słowa znaczeniu – wszystko będzie w porządku.

Czyli konsekwentnie bez takich rzeczy, że on był biedny i teraz ja mu zapewnię lepsze życie…
Często jest tak, że górę bierze nasza ludzka natura: „muszę mu to wynagrodzić, bo kiedyś coś złego go spotkało…”. Wcale nie wiemy, czy tak było. Być może, że coś się wydarzyło w życiu jakiegoś człowieka, że musiał tego psa oddać. Być może, że pies odbiegł daleko od domu, ktoś go nieskutecznie szukał i wcale nie wiadomo, czy przeżył jakieś traumy. Nawet jeżeli przeżył coś złego, musimy go traktować na równi z takim psem, którego byśmy kupili z hodowli za grube pieniądze. Czyli liczy się przede wszystkim zdrowy rozsądek.

Często jest tak, że górę bierze nasza ludzka natura: „muszę mu to wynagrodzić, bo kiedyś coś złego go spotkało…”. Wcale nie wiemy, czy tak było. Być może, że coś się wydarzyło w życiu jakiegoś człowieka, że musiał tego psa oddać. Być może, że pies odbiegł daleko od domu, ktoś go nieskutecznie szukał i wcale nie wiadomo, czy przeżył jakieś traumy. Nawet jeżeli przeżył coś złego, musimy go traktować na równi z takim psem, którego byśmy kupili z hodowli za grube pieniądze. Czyli liczy się przede wszystkim zdrowy rozsądek.

Mówi Pan, że trzeba od początku zachowywać się w taki sposób, jak chcielibyśmy się dalej zachowywać: nie stwarzać warunków takich, w których pies nie będzie wiedział, o co chodzi jego nowym opiekunom: „Był ze mną człowiek przez dwa tygodnie i nagle go nie ma…”?
Po prostu od samego początku trzeba narzucić jasne zasady: co psu wolno, a czego nie. To musi być ściśle przestrzegane nie tylko przez jedną osobę, ale przez wszystkich domowników. Bo nie ma nic gorszego, niż rozpieszczanie psa: „To fajnie jest jak babcia przychodzi i rozpieszcza wnuka, bo to jest prawo babci…”. Tylko że babcia wyjdzie i rodzice muszą to kontrolować. Dziecko tak szybko się rozwija, że po krótkim czasie będzie wiedziało, na ile z którą babcią sobie może pozwolić. Pies też, tylko że on od razu wzmacnia swoją pozycję i to może się mścić na pozostałych domownikach.

Panie Dariuszu, druga sprawa (Pan o tym już też wspomniał gdzieś między wierszami) to relacje psa z dziećmi w nowym domu. Nie wiemy, jakie ten zwierz miał relacje z dziećmi, więc warto chyba się przygotować na to, że nie od razu jest pełne zaufanie? Najpierw się poznajemy.
Oczywiście! Bo jakieś zachowania lękowe czy agresywne wcale nie muszą wynikać z tego, że pies był katowany drażniony przez dzieci. On po prostu w swojej pierwszej fazie rozwoju psychicznego mógł tych dzieci nigdy na oczy nie widzieć!

Dziwią go więc, trochę przerażają, bo nie wie, co to za stwory.
Dla niego są to jakieś stworki na dwóch łapach, dziwnie się zachowujące, wydające różne podejrzane dźwięki i biegające w chaotyczny sposób. Takie zachowania mogą niektóre psy przytłaczać, a w innych potrafią wzbudzać agresję. Ale to wcale nie świadczy o tym, że te zwierzaki były katowane przez dzieci. One po prostu w całym swoim życiu (jak już wspominałem) nigdy nie poznały „ludzkich szczeniąt”. Pies ze schroniska jest tak samo wartościowym zwierzęciem, jak każdy inny z hodowli. Musimy jednak mieć świadomość, że być może praca nad wychowaniem tego zwierzaka będzie trzykrotnie cięższa, a być może – nie… Potrzeba cierpliwości, pracy, na pewno odpowiedzialności i konsekwencji, ale też zwrócenia się do kogoś o pomoc, gdy czegoś w psim zachowaniu nie rozumiemy. Bo nie ma ludzi niezastąpionych i wszystkowiedzących. Ja też się cały czas uczę, chociaż pracuję tu, w schronisku, już ponad 10 lat. Ale ciągle zdarzają się psy, które mnie potrafią kompletnie zaskoczyć. Najgorszy jest pierwszy moment, kiedy zwierzaki trafiają do schroniska i bardzo różnie się zachowują: niektóre są przytłoczone, drżą ze strachu, chowają się w kąt. Ale wystarczy wziąć na smycz, 5 minut spaceru i pies jest już zupełnie odblokowany, radosny! Zdarzają się i takie, które wchodzą do schroniska radosne, a na drugi dzień są kompletnie zagubione… To jest chyba najwspanialsze w tej pracy, że człowiek się uczy i może obserwować, że każdy pies jest inny – tak samo jak my, ludzie. I to do nas należy (tak samo, jak do przyszłych właścicieli adoptowanego psa), żeby potrafić odczytać jego intencje, zachować się tak, żeby to zwierzę się otworzyło i było szczęśliwe. I żeby dało dużo radości nowej rodzinie. Niestety, jak już wspomniałem, dużo jest osób, które przychodzą do schroniska po psa, kierując się wyłącznie jego wyglądem, a nie tym, jakie mają oczekiwanie i jakie predyspozycje do opiekowania się czworonogiem.

Pies ze schroniska jest tak samo wartościowym zwierzęciem, jak każdy inny z hodowli. Musimy jednak mieć świadomość, że być może praca nad wychowaniem tego zwierzaka będzie trzykrotnie cięższa, a być może – nie… Potrzeba cierpliwości, pracy, na pewno odpowiedzialności i konsekwencji, ale też zwrócenia się do kogoś o pomoc, gdy czegoś w psim zachowaniu nie rozumiemy. Bo nie ma ludzi niezastąpionych i wszystkowiedzących. Ja też się cały czas uczę, chociaż pracuję tu, w schronisku, już ponad 10 lat. Ale ciągle zdarzają się psy, które mnie potrafią kompletnie zaskoczyć.

Co mogę psu dać? Czy mnie na niego stać?
A poza tym czy dysponuję odpowiednim miejscem dla niego i odpowiednią ilością wolnego czasu dla psa.

No i pieniędzy, bo pupil je, potrzebuje chodzić do weterynarza i tak dalej…
Wiadomo… Zdarzają się zwierzęta, które wymagają długiej resocjalizacji, bo do nas odłowione gdzieś na działkach. Wiemy, że przez pierwszy etap swojego życia nigdy nie widziały człowieka. Taki deficyt w rozwoju psychicznym psa jest, niestety, nieodwracalny! Owszem, można go w pewien sposób zniwelować, ale na pewno ten pies nie będzie ufny i radosny w stosunku do każdego człowieka.

Nie będzie otwarty dla dużej grupy?
No tak. Zdarza się, że przychodzi ktoś i chce zabrać zwierzę, bo „ta sunia jest śliczna”. Wyprowadzam ją, tłumaczę ludziom, że potrzeba mnóstwo czasu i cierpliwości, by z nią pracować… „Spokojnie, ja sobie poradzę!” – słyszę wtedy. W momencie, gdy sunia się kładzie się, widzę, że jest sparaliżowana strachem. A człowiek chce ją głaskać od razu od góry – przytłaczająco. I nawet nie kucnie obok, tylko nachyla się nad nią. Od razu mówię: „To nie jest pies dla państwa. To nie pies dla ludzi z waszą wiedzą”. Kłopot w tym, że część ludzi w ogóle nie chce tego słuchać.
Jest u nas piesek, kt
órego można chyba uznac za rekordzistę, bo wrócił już do nas cztery razy z adopcji. Wygląda bosko – taki zwierz idealny do głaskania! Jest zdecydowanym stworzeniem, ale w momencie, kiedy się go wyprowadza na spacer, zanim kogoś pozna, to wcale nie chce człowieka zjeść – po prostu obserwuje i ocenia, na ile może sobie pozwolić. Owszem: lubi, żeby go głaskać. Ale tylko wtedy, kiedy on tego chce! Nikomu nie udało mi się wytłumaczyć, że to nie jest pies idealny dla rodziny z dzieckiem: żeby sobie biegał w samopas po posesji. To zwierz, który potrzebuje twardej ręki, konsekwentnej. Mówiąc „twardej ręki” nie mam oczywiście na myśli ręki do bicia – chodzi mi o stanowczość, konsekwencję, odpowiedzialność i wiedzę. Wiele razy próbowałem ludziom to tłumaczyć. Bezskutecznie. „Panie, ja już miałem rottweilera i dobermana i nie było problemów” – usłyszałem. Za pierwszym razem „piesuś” wrócił po czterech dniach. Pan przywiózł go z pozszywaną, zabandażowaną ręką. Drugim razem zwierz wrócił po tygodniu. Trzecim razem stało się tak chyba w dzień po adopcji. I wszyscy byli pokiereszowani…

Aż dziw, że nie chcieli słuchać tego, co Pan im mówił.
Nie mieli najmniejszego zamiaru. Najlepszy tekst, jaki usłyszałem, był autorstwa pewnego małżeństwa. Róznież chodziło o jakiegoś psa, który potrzebował właściciela z wiedzą i odpowiedzialnością, doświadczonego. Zacząłem mi tłumaczyć, że to nie jest łatwy pies, że naprawdę potrzeba tutaj porozmawiać z wolontariuszami, jeżeli akurat ze mną nie chcą. Tak im spokojnie tłumaczę i nagle słyszę: „Wie Pan co: my przyjedziemy zaraz z córką. Córka wie na temat psów chyba wszystko….”. Patrzę na nich i zastanawiam się, w jakim wieku jest ta córka . Pytam o to, a ten pan odpowiada: „No 14”.

Co Pan odpowiedział?
Po prostu opadły mi ręce… Mówię: „Wiecie Państwo, mam prośbę: na umowie adopcyjnej zostawcie, proszę, numer waszego telefonu. Jak czegoś nie będę wiedział, to zadzwonię do waszej córki…” (uśmiech).

A nie może Pan odmówić zgody na adopcję?
Tak szczerze mówiąc, to nie – jeżeli nie mamy podstaw tylko takie głupie teksty ludzi… Jeżeli wiemy, że ktoś już miał psa czy kota i ten zwierz mu uciekł, czy wpadł pod samochód, to jest to jakiś punkt zaczepienia. Tutaj jedynie możemy zrobić wizytę przedadopcyjną i później poadopcyjną. I dopiero wtedy mamy możliwość jakiegoś działania, np. wtedy, gdy ktoś nam powie, że ma nieogrodzoną posesję, a pies będzie sobie biegał swobodnie wokół domu, możemy odmówić. Ale bez takich oczywistych powodów nie mamy podstaw, by odmówić.

Wywołał Pan temat rozmaitych akcji adopcyjnych. Dla mnie ta akcyjność jest straszna: „Adoptuj psa ze schroniska, bo znani artyści adoptują!”. Irytujące są też nawoływania części środowiska psiarskiego i kociarskiego takiego typu, że każdy, kto kupuje psa z hodowli, a nie adoptuje ze schroniska jest złoczyńcą, „bo przecież tyle jest psów do adoptowania…” Może wobec tego, co Pan powiedział, że tak mało jest wiedzy związanej z psami, lepiej, że niektórzy ludzie nie adoptują psów?
Myślę, że ma pan rację, no bo jak to brzmi: ten, kto sobie kupuje, jest be, ale jak adoptuje ze schroniska – jest cacy? Przecież są domy dziecka, ale my mamy swoje dzieci. Czyli co: mamy w ogóle nie rodzić własnych dzieci tylko adoptować tamte (dla jasności: nie jestem wrogiem adopcji…)? Przecież nie o to w tym chodzi… Każdy powinien mieć możliwość wyboru. I na utrzymanie psa adoptowanego ze schroniska, i na kupionego z hodowli trzeba mieć pieniądze. I jeden, i drugi może zachorować. I w jednym, i w drugim przypadku właściciel musi być odpowiedzialny.

Jak to brzmi: ten, kto sobie kupuje, jest be, ale jak adoptuje ze schroniska – jest cacy? Przecież są domy dziecka, ale my mamy swoje dzieci. Czyli co: mamy w ogóle nie rodzić własnych dzieci tylko adoptować tamte (dla jasności: nie jestem wrogiem adopcji…)? Przecież nie o to w tym chodzi… Każdy powinien mieć możliwość wyboru. I na utrzymanie psa adoptowanego ze schroniska, i na kupionego z hodowli trzeba mieć pieniądze. I jeden, i drugi może zachorować. I w jednym, i w drugim przypadku właściciel musi być odpowiedzialny.

Wróćmy jeszcze do oczekiwań osóbchcących adoptować zwierzę: z tego, co pan opowiada wynika, że wielu oczekiwałoby, żebyście do psa dawali też pilota? Dzięki temu można by wyłączyć psa, gdy ten zaczyna szczekać, coś gryźć czy biegać. Można by go zaprogramować, jak tylko chcemy…
Najfajniejszy” był tekst jaki usłyszałem od ludzi, którzy przyszli po szczeniaka i na drugi dzień po południu go odnieśli?

Dlaczego tak szybko?
Bo on się załatwiał w domu…

No i…?
Szkoda gadać. Przyjęliśmy go od nich i od razu w kartotece przy ich nazwisku pojawiła się adnotacja, że nigdy więcej nie mogą dostać jakiegokolwiek zwierzęcia. Po prostu nieraz ręce opadają. Nie chce się już nawet wdawać w dyskusję i tłumaczyć czegokolwiek…

A czy z kotami też tak jest, że wracają do Was?
Z kotami tak się dzieje znacznie rzadziej, aczkolwiek też się zdarza. Kociarze chyba lepiej zdają sobie sprawę, że kot wymaga więcej cierpliwości, że sam decyduje o wielu rzeczach, że potrzebuje więcej czasu na zaakceptowanie zmian. Wydaje mi się, że ludzie chcący adoptować kota są na to zwykle przygotowani. A pies jako „najlepszy przyjaciel człowieka”, nasz towarzysz powinien się natychmiast dostosować. Wymagania ludzi względem psów są znacznie większe. Jeśli już się zdarzy, że kot wraca do schroniska, zwykle dzieje się tak dlatego, że ktoś chciał go dołączyć do grupy innych kotów, które już ma i nie udało się tego zrobić.

Kociarze chyba lepiej zdają sobie sprawę, że kot wymaga więcej cierpliwości, że sam decyduje o wielu rzeczach, że potrzebuje więcej czasu na zaakceptowanie zmian. Wydaje mi się, że ludzie chcący adoptować kota są na to zwykle przygotowani. A pies jako „najlepszy przyjaciel człowieka”, nasz towarzysz powinien się natychmiast dostosować. Wymagania ludzi względem psów są znacznie większe.

Nie dogadują się?
Czasem to nie wychodzi. Niekiedy i w takich sytuacjach służę pomocą, ale nie zawsze się udaje rozwiązać takie problemy.

Wiele schronisk oferuje ulgi na szkolenie dla tych, którzy sie zdecydowali adoptować psa. Jak jest u Was?
Nie wiem, jak jest w innych miejscach, bo tego nie śledzę. Na mojej stronie jest jasny komunikat, że wystarczy umowa adopcyjna (to wcale nie musi być pies ze schroniska lubelskiego, tylko ogólne adoptowany pies z jakiejś fundacji), by dostać zniżkę na szkolenie i na porady behawioralne. Natomiast jeśli u psa adoptowanego z naszego schroniska pojawiają się problemy behawioralne, a właściciel nie może sobie z nim poradzić sam, to ja jestem do dyspozycji tych psów do końca ich istnienia.

Chodzi o sytuacje, gdy pies robi coś dziwnego w domu?
Tak, jeżeli dzieje się tam coś kłopotliwego, to ja jestem do ich dyspozycji. Przyjeżdżają do schroniska, umawiają się na wizytę i to już robię bezpłatnie jako zoopsycholog schroniskowy.