Uśpić? Jak to?! Rozważyć eutanazję? Nic z tego! Co ja zrobię, gdy mój kot odejdzie? Nie dam rady żyć bez mojego ukochanego psa!

Każdy, kto żyje ze zwierzęciem, zmaga się z takimi dylematami. Zwłaszcza teraz – w okolicach 1 listopada, gdy więcej mówimy i myślimy o śmierci. Oczywiście, nasze myśli krążą głównie wokół bliskich nam ludzi, którzy odeszli do wieczności.

Jednak dla wielu osób to pies i kot byli albo są najbliższą rodziną. Jak przygotować się na ich odejście? Pewnie nie ma idealnego sposobu na to… Kiedy pomóc im odejść, by nie cierpiały? To, co piszę, jest okrutne? Ale czy egoistyczne utrzymywanie przy życiu psa albo kota, którym nie można już pomóc i zapewnić im życia bez bólu nie jest okrucieństwem?! Sam myślałem o tym, kiedy odchodziła nasza mądra Adara (na zdjęciu).

Dzisiaj mój najlepszy przyjaciel Berosław ma prawie 12 lat i… też zaczynam zastanawiać się nad tym intensywnie. To boli jak cholera, ale czy wolno mi będzie dla własnej wygody przedłużać cierpienia stworzenia, które tak mnie kocha?

O tym, kiedy i z jakich powodów zdecydować się na ostateczną pomoc zwierzęciu zapytałem człowieka potrafiącego moim zdaniem wyjaśnić najprościej i najjaśniej – doktora Wojciecha Hildebranda, który zajmuje się najtrudniejszymi przypadkami związanymi z onkologią weterynaryjną:

Kiedy psu i kotu powinniśmy zapewnić godną śmierć

utworzone przez Zwierzdobry.pl: Maciej Sas i dr Wojciech Hildebrand

Przeczytaj transkrypcję

Jak długo powinno żyć zwierzę?
Hmmm, tego nie wie nikt… Ja wychodzę z innego założenia, bo zbliżamy się do tematu eutanazji, czyli dobrej śmierci: uważam, że zwierzę powinno tak długo żyć, jak długo z tego życia jest zadowolone, jak długo jest wolne od bólu, od głodu, od wszelkiego cierpienia – czy to somatycznego (czyli wynikającego z jakiegoś bólu fizycznego), czy też bólu psychicznego. Jeżeli te swobody jesteśmy w stanie mu zapewnić, to niech ono żyje jak najdłużej.

Ale czasami przychodzi taka chwila, gdy musimy sobie zadać pytanie: czy to jest jeszcze komfortowe życie mojego zwierzęcia, czy wyłącznie mój komfort psychiczny.
Zgadza się, bo tu mamy do czynienia z dobrem zwierzęcia i naszym poczuciem, co tym komfortem jest. A często jest to, niestety, wynik naszego egoizmu, bo myśmy się przyzwyczaili do tego zwierzęcia – do tego, że ono jest z nami. W zasadzie przyzwyczajamy się do jego cierpienia, nie bacząc na to, że ono cierpi znacznie bardziej niż my – bo cierpi fizyczny ból. Owszem, jeżeli ktoś ma dużo empatii, cierpi razem ze swoim zwierzęciem, ale fizycznie ten namacalny ból odczuwa nasze zwierzę! Jeżeli więc widzimy, że pies czy kot nie może jeść albo nie chce jeść, nie może chodzić, a więc po prostu cierpi fizycznie i psychicznie, to trzeba sobie zadać pytanie: czy nie lepiej dla zwierzęcia jest poddać je eutanazji, czyli uśpić, jak mówimy potocznie.

Pytanie tego dotyczące zapewne często pada w Pańskim gabinecie, bo tutaj trafiają najtrudniejsze przypadki. Podobnie jak do innych Pana kolegów i koleżanek, którzy się zajmują onkologią weterynaryjną. Jak Pan rozwiązuje takie trudne sprawy?
Po pierwsze trzeba bardzo dużo rozmawiać z właścicielem czy opiekunem zwierzęcia i wytłumaczyć mu, czy to stworzenie cierpi, czy nie. Bo – tak, jak już mówiłem – czasami właściciel nie widzi tego albo nie chce widzieć. Natomiast jeżeli zwierzę jest wnoszone do gabinetu, jeśli ma z powodu bólu przyspieszony oddech, jeżeli ja, analizując wyniki badań krwi, widzę, że jest anemia, że rokowanie jest złe, a więc nie da się tego zwierzęcia wyleczyć…

…bo cuda rzadko się zdarzają…
…niestety. Wtedy jedynym wyjściem jest pozbawienie bólu w sposób definitywny w postaci eutanazji. To zwierzę nie będzie się już męczyło.

Właściciele często pytają Pana, co powinni zrobić, czy to raczej Pan sam sugeruje im rozwiązanie sprawy?
Zawsze jest to wynik rozmowy – nie chciałbym tego nazwać negocjacjami, bo przecież w takich sprawach nie negocjujemy… Ja staram się dokładnie zrozumieć intencje właścicieli, ich sytuacje. Bo zdarzają się rozmaite sytuacje, np. pies jest „pamiątką” po kimś bliskim. Miałem takie sytuacje, gdy właściciel zginął w wypadku samochodowym, pies przeżył ten wypadek. Potem stał się takim elementem łączności swojej właścicielki z nieżyjącym mężem. Ona chciała psa zatrzymać przy sobie jak najdłużej, pamiętając ciągle o tym mężu. Zwierz jednak był już w bardzo ciężkim stanie, bardzo cierpiał. Długo musiałem przekonywać właścicielkę, że dalsze utrzymywanie tego psa przy życiu, bo już trudno to było nazwać leczeniem, nie miało sensu. Pani zgodziła się z tym. Później przyszła i podziękowała mi za to, że pomogłem jej podjąć jej zdaniem (moim zresztą też) właściwą decyzję.

Można chyba powiedzieć, że to był akt miłosierdzia?
Tak, ponieważ eutanazja polega na podaniu zastrzyku usypiającego. Niektórzy nawet mówią, że to zastrzyk miłosierdzia.

Jak często takie decyzje zapadają w Pańskim gabinecie?
Nie prowadzę takiej statystyki..

Oczywiście, rozumiem. Mam na myśli to, że nie są to odosobnione sytuacje, zwłaszcza że tu trafiają trudne przypadki…
To jest wpisane w nasz zawód. Każdego tygodnia zdarza się sytuacja, że jakiemuś psu czy kotu trzeba pomóc właśnie w ten sposób. Inaczej się nie da. Nie da się nie myśleć o tym, że zwierzę wyje, cierpi. One różne okazują cierpienie: jedne wyją i stękają, inne kulą się w kącie, jeszcze inne nie chcą jeść – to są bardzo różne objawy i nawet nie rasowe cechy, ale osobnicze.

Chcę Pana zapytać o jeszcze jedną rzecz – to sprawa techniczna, ale być może bardzo istotna: na czym polega działanie zastrzyku miłosierdzia, o którym mówił Pan przed chwilą?
To są środki z tej samej grupy, z której leki służą do znieczuleń w czasie zabiegów operacyjnych. Tyle że w tym przypadku te środki są bardziej skoncentrowane, bardziej stężone. One przede wszystkim wyłączają świadomość, a zaraz potem akcję serca i akcję oddechową. To jest bardzo szybka, bezbolesna śmierć. W sumie można powiedzieć, że eutanazja to dobra śmierć.

Podsumowując to, o czym rozmawiamy, można powiedzieć, że skoro nie jesteśmy w stanie zapewnić naszemu psu czy kotu komfortowego życia, dajmy mu przynajmniej dobrą śmierć…
Zwierzę zasłużyło na coś takiego od nas. Jeżeli właściciel odpowiednio rozumie sens życia, więc to, że ono ma swój naturalny początek i koniec, musi się pogodzić z tym, ze zwierzęta żyją krócej niż ludzie. Jeśli więc ktoś ma psa czy kota, to w którymś momencie (o ile ten zwierz nie ulegnie jakiemuś tragicznemu wypadkowi) przeważnie trzeba mu będzie pomóc odejść z tego świata…

Daj Boże, by żaden z nas nie musiał takiej trudnej decyzji podejmować (zawsze podejmuje ją właściciel, lekarz tylko doradza). Tak się zdarzyło niedawno mojej znajomej, której czarny maine coon odszedł spokojnie w czasie snu. Dobra, pogodna śmierć…

Często jednak to my musimy ulżyć cierpieniu zwierzęcia – w końcu całym swoim życiem i przyjaźnią zasłużyło na nasze miłosierdzie…

Przy tej okazji warto zastanowić się nad jeszcze jedną sprawą: co się stanie z kotem czy psem, gdy nagle nas zabraknie. Kto się nimi zaopiekuje? Kto o nie zadba?

Tego dotyczy materiał sprzed kilku tygodni. Rozmawiałem wtedy z zoopsychologiem i psychologiem, Barbarą Borzymowską o tym, jak zabezpieczyć byt naszych braci mniejszych. Jeśli Ci to nieobojętne, zajrzyj, poczytać, posłuchaj – Barbara podpowiedziała kilka bardzo praktycznych rozwiązań.

A kiedy już to wszystko rozważysz, żyjcie długo, szczęśliwie i bez bólu – Ty i Twoi kudłaci przyjaciele!