Czy można nauczyć naszego zwierza, że „kąpiel” z zdechłym szczurze albo w odchodach to coś złego? A może to pies ma rację? Jak uniknąć takich „aromatycznych” niespodzianek w czasie spaceru podpowiada Łukasz Wacławski, trener psów

 

Pies tarza się we wszystkim, co znajdzie śmierdzącego: padłej, „dojrzewającej” rybie na brzegu Odry, zdechłej myszy czy ludzkiej kupie w krzakach. Z czego to się bierze? Czy można psu przemówić do rozsądku i go namówić, by tego nie robił?
Przede wszystkim uważam, że to nie jest kwestia rozsądku. Są takie momenty, kiedy możemy zauważyć i docenić piękno psiej natury. Psy, które tarzają się z jakichś przyczyn w padlinie czy odchodach, traktują to jako kamuflaż albo zaznaczenie swojej obecności na tym terenie. Wrzucam to do jednej przegródki z sytuacją, gdy pies po załatwieniu się stara się to zakopać (wykonując znane wielu właścicielom charakterystyczne ruchy) albo kręci się w kółko, gdy chce się położyć do snu – to są piękne zachowania instynktowne, które pokazują, że nasze psy są to właśnie istoty mocno związane z naturą. Nam pewne rzeczy w ich zachowaniu nie podobają się, no bo jak tu iść dalej ze zwierzakiem, który starannie wytarzał się w śmierdzącej rybie… My to traktujemy jako coś złego. Nie uważam jednak, że to jest coś, co musimy za wszelką cenę korygować. A jeśli nam się to nie podoba, musimy przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo psa i na spacerze skoncentrować się na tym, żeby skupił swoją uwagę na nas, a nie na rozmaitych „aromatycznych” ciekawostkach, o których pan przed chwilą wspomniał.

Czyli spacer to ma być czas tylko dla psa…
Tak, bo to jest prosta matematyka, która sprawdza się również w sytuacjach, gdy on zjada coś z ziemi – coś, co naszym zdaniem do jedzenia absolutnie się nie nadaje. Im więc bardziej zwierz skoncentruje się na mnie, tym mniej będzie skoncentrowany na tym, co znajdzie dookoła. Kiedy więc idę na spacer z telefonem przy uchu albo jestem cały czas zamyślony, czy zatrzymuję się i wdaję się z kimś w półgodzinną pogawędkę, zapominając o psie, to ta matematyka nie działa na moją korzyść. Jeśli natomiast poświęcam czas na spacerze na świadomą współpracę, czyli „wychodzę z psem na spacer”, a nie „wyprowadzam psa na spacer”, wszystko wygląda inaczej. Takie wyjście powinno wyglądać tak, jakbym chciał rozmawiać z osobą mi bliską: idziemy obok siebie, zwracamy na siebie uwagę, rozmawiamy, może wstępujemy gdzieś razem na kawę. Na pewno nie jest dobrze, gdy cały spacer polega na tym, że pies na napiętej smyczy idzie metr przed człowiekiem i brakuje jakiejkolwiek interakcji, wzajemnego zainteresowania sobą . Jeśli prowadzisz psa na napiętej smyczy, jest to jedyna rzecz, która trzyma go przy tobie.

Takie wyjście powinno wyglądać tak, jakbym chciał rozmawiać z osobą mi bliską: idziemy obok siebie, zwracamy na siebie uwagę, rozmawiamy, może wstępujemy gdzieś razem na kawę. Na pewno nie jest dobrze, gdy cały spacer polega na tym, że pies na napiętej smyczy idzie metr przed człowiekiem i brakuje jakiejkolwiek interakcji, wzajemnego zainteresowania sobą .

Jeśli więc cały czas jestem świadomy tego, co robi mój pies, a on widzi, że cały czas poświęcam mu moją uwagę, prawdopodobieństwo cuchnących psich kąpieli i zjadania byle czego jest radykalnie mniejsze?
Oczywiście! Tu jest jedyny klucz do rozwiązania tej zagadki.

Ale zdarzają się takie osobniki, zwłaszcza te o silnym instynkcie łowieckim, które wykorzystają każde dwie sekundy nieuwagi właściciela, by wytarzać się w czymś, co pięknie śmierdzi. Trudno takiego upilnować, nawet jeśli poświęcamy mu całą naszą uwagę w czasie spaceru…
Zawsze musimy dbać o to, by mieć jak największą kontrolę nad naszym psem i nad sytuacją. Bo jeśli przypnę mu do obroży kilkumetrową linkę, zawsze mogę ją przydepnąć, złapać, odciągnąć zwierzę, gdy zobaczę, że może się wydarzyć coś, czego sobie nie życzę. Wtedy mogę po prostu szybko zareagować. Myślę, że trudnym, a nawet nieetycznym zadaniem byłoby sprawienie, że pies nabierze awersji do rzeczy, które kocha tak bardzo, jak to tarzanie się w czymś „aromatycznym” (śmiech). Musielibyśmy takie instynktowne zachowanie wyrwać z korzeniami. A taka ostra korekta na pewno nie jest czymś, co chcielibyśmy psu zrobić…

Kiedy słucham tego, co Pan mówi, przychodzi mi na myśl, że to postępowanie nieco podobne jak z dziećmi, które np. uwielbiają wskoczyć w kałużę, choć mamie czy tacie niezbyt się to podoba…
Doskonały przykład! Jestem z dzieckiem na spacerze. Nagle patrzę, a ono siedzi w kałuży. Przegapiłem moment „zbrodni”… Oczywiście, dziecko ma z tego wielką frajdę. W tym momencie niekoniecznie powinienem łapać je za kark i wyrywać siłą z tej sytuacji – ono się świetnie bawi. Ale wnioski muszę wyciągnąć: następnym razem muszę pilnować, żeby to się nie powtórzyło.

Wrócę jeszcze na moment do jednego wątku, który Pan podkreślił (to zresztą znak naszych czasów): gros ludzi, wychodząc z psem na spacer, ma ciągle telefon przy uchu. Traktują to jako idealny czas na odrobienie towarzyskich zaległości. A wtedy zwierz sam znajdzie sobie rozrywkę.
To prawda. Ale na tym właśnie polega różnica między „wyprowadzaniem psa na spacer” a wychodzeniem z nim na spacer. Tu można się posłużyć analogią do pary idącej przez park: chłopak idzie metr przed dziewczyną zapatrzony w smartfon, a ona patrzy w siną dal, nie czując, że spacerują razem. Nie ma żadnej więzi, nie ma kontaktu. Z drugiej strony mamy parę trzymającą się za ręce: rozmawiają, czasem wspólnie na coś zerkną, popatrzą na siebie, zatrzymają się, żeby się napić kawy. Jest jakaś sensowna interakcja. W przypadku wyjścia z psem na spacer jest tak samo – musi być interakcja, więź. W przeciwnym wypadku są kłopoty.

Fot: pixabay.com.pl, Łukasz Wacławski