Marzec, temperatura sięga chwilami 15 stopni – nareszcie mieliśmy łyk wiosny (jutro popada śnieg, ale to bez znaczenia dla tej historii…). Cieszą się wszyscy: ludzie, koty, psy i… kleszcze. Że co – daleko jeszcze do upałów? To nie ma znaczenia – lubiące naszą krew pajęczaki nie lubią spiekoty. A temperatura powyżej 6-8 stopni sprawia, że stają się głodne

Nie widać ich na razie? Niech nas to nie uspokaja. Podobnie jak fakt, że i one nas nie widzą, bo w większości są… niewidome. Ale i bez dobrego wzroku znajda zarówno nas, jak i nasze psy czy koty. Czy jesteśmy w stanie je przechytrzyć? Pewności nie ma, ale warto spróbować. Żeby się udało, trzeba zebrać dokładne dane o wrogu.

Czekając na obiad

Kleszcze występują w różnych miejscach i warunkach przyrodniczych. Mają do dyspozycji cały arsenał broni, którą mogą nas pokonać. Właściwie można powiedzieć, że robią to nieświadomie – im zależy jedynie na naszej krwi. Szkodzą nam przypadkowo.

Dysponują kilkoma rodzajami broni: pierwotniakami i bakteriami, które pozostawiają w krwi psa, kota i człowieka podczas swojego posiłku. Najliczniejszą kleszczową grupę stanowią osobniki z gatunku Ixodes ricinus, a więc kleszcza pospolitego. Żyją w lesie lub w jego pobliżu, na łąkach i polanach. Czyli tam, gdzie tak lubimy chodzić na spacery z psem. Co ważne, kleszcz pospolity ma pewną słabość – nie przetrwa w środowisku o wilgotności poniżej 80 procent, a poza tym najbardziej lubi temperaturę od 6 do 18 stopni. Wyższa mu szkodzi. Właśnie głównie z tego powodu nie musimy się bać, że przyniesiemy go do domu, gdzie złośliwy pajęczak się rozmnoży.

– Jeśli to będzie nienassany kleszcz, to w ciągu godziny czy dwóch zginie. Oczywiście, jeżeli nie uda mu się wejść na człowieka – wyjaśnia dr Andrzej Połozowski z Zakładu Parazytologii Katedry Chorób Wewnętrznych z Kliniką Koni, Psów i Kotów Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Raz w roku pan doktor zabiera swoich studentów na Wyspę Opatowicką leżącą między odnogami Odry we Wrocławiu, gdzie urządzają wielkie łowy na kleszcze pospolite. Specjalną białą szmatką są w stanie w ciągu godziny upolować nawet 600 osobników!

Dlaczego używają białego materiału? To jedna z tajnych broni Ixodesa – jest ślepy, ale ma świetne czujniki podczerwieni, a kolor biały znakomicie odbija światło słoneczne. Pajęczak atakuje, czując promieniowanie podczerwone. – Najwięcej kleszczy zbieramy na ściółce wokół starych drzew – tam, gdzie system korzeniowy zapewnia im największą wilgotność – opowiada naukowiec.

To jedna z tajnych broni Ixodesa – jest ślepy, ale ma świetne czujniki podczerwieni, a kolor biały znakomicie odbija światło słoneczne. Pajęczak atakuje, czując promieniowanie podczerwone. – Najwięcej kleszczy zbieramy na ściółce wokół starych drzew – tam, gdzie system korzeniowy zapewnia im największą wilgotność – opowiada naukowiec.

Drugi przedstawiciel kleszczowej rodziny, Dermacentor reticulatus (czyli kleszcz łąkowy), żyje głównie na łąkach. Żeby go upolować, nie trzeba mieć nawet białej szmatki. – Wystarczy przykucnąć w trawie i przyjrzeć się jej źdźbłom. Wyraźnie widać kleszcze. I można je zdjąć z traw – śmieje się dr Połozowski.

Również ten gatunek, jak jego kuzyni, nie lubi wysokiej temperatury i niskiej wilgotności. Dlatego oba gatunki kleszczy lubią wczesną wiosnę, a najgroźniejsze są rano i wieczorem, zanim słońce rozgrzeje i wysuszy powietrze.

– Już w lutym trafiają do lecznic psy, z których trzeba wyciągnąć opite pajęczaki – mówi dr Andrzej Połozowski. – Ale nie uświadczy się ich na otwartej przestrzeni, gdy temperatura przekracza 20 stopni. Kiedy zaś sięga 30, nie ma na pewno takiej możliwości – zapewnia.

Turysta z południa Europy

To były, mówiąc nieco przekornie, dobre wiadomości. Dla równowagi (jak to w naturze) jest też zła: kilka lat temu pojawił się w Polsce kleszcz odporny na warunki, które zabijają jego dwóch kuzynów. To Rhipicephalus sanguineus – pochodzący z okolic Morza Śródziemnego kleszcz psi. Lubi wysoką temperaturę i daje sobie radę nawet z wilgotnością powietrza na poziomie 50 procent. Ginie dopiero wtedy, gdy spadnie ona do 20 proc.

Kilka lat temu pojawił się w Polsce kleszcz odporny na warunki, które zabijają jego dwóch kuzynów. To Rhipicephalus sanguineus – pochodzący z okolic Morza Śródziemnego kleszcz psi. Lubi wysoką temperaturę i daje sobie radę nawet z wilgotnością powietrza na poziomie 50 procent. Ginie dopiero wtedy, gdy spadnie ona do 20 proc.

W domu czuje się świetnie. Skąd się u nas wziął? Przyjechał „na wycieczkę” – z Włoch. Na psach. I wcale nie osiedlił się w lasach, a w wielkomiejskich parkach – np. w Warszawie. – Lepiej sytuowani ludzie z dużych aglomeracji częściej podróżują do cieplejszych stref klimatycznych, na przykład do krajów śródziemnomorskich, gdzie występuje kleszcz psi. Przywożą go na swoim pupilu, nic o tym nie wiedząc – tłumaczy parazytolog.

Trzej zabójczy kuzyni podzielili się terenem: kleszcz pospolity opanował głównie tereny na zachód od Wisły, kleszcz łąkowy – na wschód od niej, a kleszcz psi na razie osiadł głównie w stolicy. Ale ci krewniacy (w tym przypadku ten zwot brzmi nieprzyjemnie…) nie przeszkadzają sobie z polowaniu na psy, koty i ludzi. W okolicach Wrocławia w ostatnich latach coraz częściej pojawia się Dermacentor reticulatus. Jak się okazuje, przyjechał tu psim transportem. I to wcale nie ze wschodu, ale z zachodu – głównie z Niemiec.

Solidny zwiad to konieczność!

Jak pokonać takich sprytnych wrogów, zanim zaszkodzą psu, kotu i nam. Kleszcze pospolite, jak wspomnieliśmy przed chwilą, mają czujniki podczerwieni. Wybierając się do lasu czy na łąkę, ubieramy się więc na czarno! Pies nie może zmienić odzieży. Jeśli jest biały, ryzyko, że przeciwnicy go dopadną, jest znacznie większe.

Ale to niejedyny sprytny trick, którego używają kleszcze. – Pajęczaki gromadzą się wokół miejsc, w których mają większą szansę na znalezienie żywiciela, a więc na przykład przy uczęszczanych ścieżkach – wyjaśnia dr Połozowski.

Zbierają się też w pobliżu zbiorników wodnych, gdzie zwierzęta przychodzą się napić. Poza tym, że wyczuwają ciepło, potrafią znakomicie wywęszyć dwutlenek węgla czy kwas mlekowy, które emitują zarówno nasze zwierzaki, jak i my. A kiedy dostaną się już do świeżej krwi, przystępują do działania. Najpierw szukają miejsca, w którym skóra jest najcieńsza, bo tam najłatwiej przebić się do naczyń krwionośnych.

U psów są to zwykle pachy, pachwiny, okolice uszu, odbytu czy dróg rodnych – wylicza dr Wojciech Hildebrand, zwierzęcy internista .

Teraz mali krwiopijscy mogą się delikatnie wkłuć w skórę. Najpierw jednak znieczulają swoje ofiary, by te nie pozbyły się intruzów. Od razu też wprowadzają ślinę, która ma zapobiec krzepnięciu krwi, a jednocześnie rozpuszcza tkanki.

– To faza pierwsza, takie wstępne trawienie poza własnym układem pokarmowym – wyjaśnia dr Połozowski. – W drugiej fazie kleszcz na zmianę wpuszcza ślinę i wysysa krew – wtedy dochodzi do transmisji patogenów (czynników chorobotwórczych, np. pierwotniaków, bakterii czy wirusów – przyp. Zwierz Dobry), jak borelia, babeszja, anaplazma, do organizmu ofiary – mówi.

Ale uwaga: do zakażenia boreliozą i zarażenia babeszjozą dochodzi mniej więcej po 48 godzinach od wkłucia kleszcza w psią skórę, do zakażenia anaplazmozą – po 24. To znaczy, że jeśli przed upływem doby umiejętnie wyciągniemy pajęczaka, zapobiegniemy przedostaniu się patogenów do krwi. Po każdym spacerze powinniśmy więc starannie obejrzeć psa (czy kota, który się szwendał po ogrodzie). Gdy już namierzymy małego wroga, natychmiast się go pozbywamy. Dr Połozowski radzi korzystać z haczyków O’Toma – prostych, tanich i skutecznych.

Po każdym spacerze powinniśmy więc starannie obejrzeć psa (czy kota, który się szwendał po ogrodzie). Gdy już namierzymy małego wroga, natychmiast się go pozbywamy.

– Wyciąganie kleszcza ze skóry palcami lub pęsetą powoduje ucisk, co kończy się zwymiotowaniem zawartości jelita pajęczaka do rany. Żeby skutecznie usunąć kleszcza ze skóry, trzeba kolce jego języczka złożyć, a to wymaga ruchu obrotowego przy wyciąganiu – podpowiada.

Co ważne, nie ma znaczenia, w którą stronę kręcimy, ważne, by nie zmieniać kierunku.

Co nam kleszcz może zrobić

Kleszcze przenoszą wiele chorób groźnych dla ludzi i ich zwierząt (niekoniecznie dla wszystkich naraz…). Skupmy się na najczęstszych i najgroźniejszych. Dermacentor reticulatus (kleszcz łąkowy) może „sprzedać” naszemu psu czy kotu babeszjozę, rzadziej boreliozę. Ixodes ricinus (kleszcz pospolity), może wywołać boreliozę i anaplazmozę. Rhipicephalus sanguineus – kleszcz psi – jest najrzadszy, za to arsenał ma najbogatszy – może „obdarować” nasze zwierzaki m.in. babeszjozą i erlichiozą.

W wykryciu chorób od kilku lat pomaga lekarzom test 4D x SNAP. Pozwala on rozpoznać boreliozę, erlichiozę, anaplazmozę i Dirofilaria immitis, czyli nicienie przenoszone przez komary. Babeszjozę natomiast można zdiagnozować, badając w laboratorium próbkę krwi pod mikroskopem.

Babeszjoza jest najczęstszą chorobą pasożytniczą. Nierozpoznana w porę kończy się śmiercią. – A trudno ją stwierdzić, bo objawy są niespecyficzne – mówi dr Wojciech Hildebrand. – To gorączka, apatia, czasami ciemny mocz, którego barwa bierze się stąd, że dochodzi do hemolizy (hemoglobina przechodzi do osocza krwi – przyp. Zwierz Dobry). Pierwotniaki powodują rozpad erytrocytów, co z kolei prowadzi do anemii. Kiedy zaś brakuje czerwonych krwinek, które są odpowiedzialne za transport tlenu w organizmie, pies zaczyna się dusić. Hemoglobina, która uwalnia się z uszkodzonych krwinek, niszczy nerki i wątrobę. Temu wszystkiemu towarzyszy wysoka gorączka. Jeśli obserwujemy takie symptomy, a mieszkamy we wschodniej czy centralnej Polsce i ostatnio byliśmy w lesie, nawet jeśli nie widzieliśmy kleszcza, powinniśmy czym prędzej pójść do lekarza weterynarii – radzi lekarz.

Można to wyleczyć? Leczenie jest przyczynowe, podaje się więc leki, które zabijają pierwotniaka. – Nie zawsze okazują się one skuteczne, wtedy trzeba zastosować specyfik z innej grupy – mówi dr Hildebrand.

Drugim problemem jest opanowanie objawów hemolizy: gorączki, anemii, niewydolności nerek. – Trzeba cały czas obserwować, czy nie doszło do takich komplikacji. Bo możemy wyleczyć psa z babeszjozy, a on umrze z powodu niewydolności nerek, gdy za późno zareagujemy – podkreśla pan doktor.

Nieszczęścia chodzą parami

Kolejną z groźnych chorób odkleszczowych jest borelioza. Jej sprawcą jest bakteria. Pierwsze objawy czasem pojawiają się po dwóch tygodniach, a niekiedy dopiero po 6 miesiącach. Kiedy nasz pies nagle traci apetyt, staje się apatyczny, ma gorączkę (nawet do 41 stopni), a na dodatek zaczyna kuleć i ma powiększone węzły chłonne, powinniśmy czym prędzej zabrać go do lekarza. Nieleczona borelioza może prowadzić do ostrego stanu zapalnego stawów, uszkodzenia nerek, a bywa, że i do zapalenia opon mózgowych.

Dr Wojciech Hildebrand, który na co dzień zajmuje się też onkologią weterynaryjną, zauważył niepokojącą zależność – część psów, cierpiących na chłoniaka, jest jednocześnie zarażona boreliozą.

– Niewykluczone, że ta przewlekła choroba stymuluje układ odpornościowy do walki tak długo i w tak patologiczny sposób, że w efekcie rozwija się chłoniak, a więc nowotwór układu limfatycznego – podejrzewa. – To są na razie obserwacje, nad którymi się dyskutuje (również w medycynie). Musimy to potwierdzić naukowo. Widzę tę zależność u wielu psów, a szczególnie u berneńczyków – dodaje.

– Niewykluczone, że ta przewlekła choroba stymuluje układ odpornościowy do walki tak długo i w tak patologiczny sposób, że w efekcie rozwija się chłoniak, a więc nowotwór układu limfatycznego – podejrzewa. – To są na razie obserwacje, nad którymi się dyskutuje (również w medycynie). Musimy to potwierdzić naukowo. Widzę tę zależność u wielu psów, a szczególnie u berneńczyków – dodaje.

W takich przypadkach leczy się chłoniaka, dzięki czemu pies czasem całkowicie zdrowieje, a czasem zapewnia się mu co najmniej roczny okres remisji. Ale jednocześnie trzeba leczyć boreliozę.

Anaplazmoza daje objawy podobne jak borelioza. Różnica polega na tym, że ona atakuje już po 1–2 tygodniach od zakażenia. Obie choroby można leczyć antybiotykami z grupy tetracyklin. Podaje się je przez 4–8 tygodni. Rokowania zależą w dużej mierze od zaawansowania choroby.

Jakby tego było mało, okazuje się, że psy mogą się zakazić od kleszczy wirusem zapalenia mózgu i opon mózgowych. Do niedawna sądzono, że to niemożliwe. A jednak… Kłopot w tym, że zakażenie przebiega bezobjawowo, co jest groźne nie tylko dla zwierzęcia, ale i dla lekarzy weterynarii, którzy wykonując zabieg chirurgiczny, mają styczność z krwią psa. – Nie trzeba jej nawet dotykać, wystarczy zainhalować w czasie oddychania. W ten sposób człowiek może się zakazić – mówi dr Andrzej Połozowski.

W czasie jednego spaceru naszego psa dopaść mogą na spółkę kleszcz łąkowy i pospolity, które zarażą go i boreliozą, i babeszjozą. Co wtedy? – To niekorzystna sytuacja, bo objawy babeszjozy są wyraziste. Pies smutnieje, pojawia się gorączka, a po 2–3 dniach krwawy mocz. Lekarz mówi: „O, mamy babeszjozę”. Jeśli nie potwierdzi diagnozy testem, może nie dostrzec symptomów innych chorób – ostrzega parazytolog, dr Andrzej Połozowski. – A one później i tak się ujawnią. Dlatego nie leczę pacjentów tylko na podstawie objawów klinicznych, ale staram się usunąć patogeny, zanim pojawi się choroba, gdy test wykryje w psim organizmie przeciwciała – wyjaśnia.

Zabezpieczenia tylko po konsultacji z lekarzem!

Czy można kleszcze zniechęcić do ataku? Jest kilka metod, chociaż – jak podkreślają lekarze – żadna nie daje 100-procentowej pewności. Najlepszym rozwiązaniem jest stosowanie różnych środków, które skutecznie zniechęcą kleszcze do kociej czy psiej krwi (tzw. repelenty), albo je odstraszą, albo zabiją te z pajęczaków, którym uda się jej napić. – Ale pamiętajmy, że żaden środek nie daje stuprocentowej gwarancji, bo to zależy od zbyt wielu czynników: czy zwierzę jest mokre, jak się rozchodzi warstwa lipidowa na skórze, czy jest zdrowe, czy nie ma osłabionej odporności – podkreśla dr Wojciech Hildebrand.

Pamiętajmy, że żaden środek nie daje stuprocentowej gwarancji, bo to zależy od zbyt wielu czynników: czy zwierzę jest mokre, jak się rozchodzi warstwa lipidowa na skórze, czy jest zdrowe, czy nie ma osłabionej odporności – podkreśla dr Wojciech Hildebrand.

Jeśli więc podaliśmy psu preparat na skórę, ale on wykąpał się ze trzy razy, nie oczekujmy, że kleszcz zdechnie. Chyba że padnie ze śmiechu…

Na podobną reakcję pajęczaka powinni się przygotować ci, którzy postanowili zaoszczędzić na bezpieczeństwie psa czy kota i kupują tańsze zamienniki z Indii czy Chin w internecie. – Najlepiej o pomoc w wyborze odpowiedniego specyfiku poprosić lekarza. A jeśli już kupujemy takie preparaty w sklepie, powinniśmy 10 razy dokładnie obejrzeć opakowanie, przeczytać skład, dopytać sprzedawcę o atest i o to, czy w Polsce ten konkretny produkt jest dopuszczony do użytku – ostrzega dr Hildebrand.

Warto też co jakiś czas zmieniać środek, którym zabezpieczamy zwierzaka. – Z czasem kleszcze uodparniają się na niektóre, do tej pory skuteczne repelenty – podkreśla dr Andrzej Połozowski. I dodaje, że jeśli chcemy skutecznie zabezpieczyć psa czy kota, powinniśmy mu podawać odpowiednie specyfiki systematycznie, zgodnie z zaleceniami. – Nieregularne ich stosowanie nie ma sensu. Lepiej zdać się na szczęście – wyjaśnia.

Dodaje, że ostatnio jednym z najskuteczniejszych środków jest specjalna antykleszczowa obroża, która odstrasza pajęczaki przez 8 miesięcy, czyli przez cały sezon.

Skuteczne okazują się też specjalne tabletki podawane zwierzakom. Zawierają one pestycydy – zabójcze dla kleszcza substancje. Te środki nie zabezpieczają zwierzęcia przed atakiem kleszcza. Jednak ten ginie po kilku łykach krwi psa czy kota, który zjadł taki środek.

Tu trzeba jednak podkreślić, że te specyfiki można podać zwierzęciu wyłącznie po konsultacji z lekarzem i tylko w sposób z nim ustalony. W przeciwnym wypadku możemy bowiem zaszkodzić nie tylko kleszczom, ale i psu czy kotu, które lek miał chronić przed inwazją pajęczaków!

Kolejną metodą minimalizowania ryzyka jest szczepionka przeciw babeszjozie, przeznaczona dla psów, które często bywają tam, gdzie żyją kleszcze łąkowe.

Dr Wojciech Hildabrand mówi jednak, że nie jest zwolennikiem jej stosowania. Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze nie chroni przed zarażeniem, a jedynie zmniejsza nasilenie objawów choroby, która i tak trzeba leczyć. A często objawy są mniej typowe, a co za tym idzie, trudniej chorobę wcześnie rozpoznać.

Po drugie może powodować miejscowe reakcje w postaci guzków. Po trzecie jest stosunkowo droga, bo koszt szczepienia to kilkaset złotych, nie mówiąc o tym, że w ostatnim sezonie byłą praktycznie niedostępna (importerowi nie opłaca się zamawiać niewielkich ilości).

Reasumując, lepiej zapobiegać jak najskuteczniej inwazjom kleszczy poprzez stosowanie odpowiednich środków odstraszających lub zabijających je. Natomiast po spacerach w miejsca, w których kleszcze mogą występować, należy dokładnie przejrzeć futro naszego podopiecznego.

Pies radosny, kot nie żyje…

W starciu z małymi krwiopijcami musimy rozważyć jeszcze jeden problem: co zrobić, jeśli mamy i psa, i kota? Problem w tym, że bezpieczeństwo pierwszego może dla drugiego oznaczać… śmierć. – Niektórzy, chcąc zaoszczędzić, kupują większą dawkę preparatu dla psa i przy okazji nakrapiają nim kota. To zły pomysł, bo znaczna część psich preparatów przeciwkleszczowych ma w składzie substancje śmiertelnie trujące dla kotów – tłumaczy dr Wojciech Hildebrand.

Dlatego, gdy podamy kotu środek, który zawiera permetrynę, czyli związki fosforoorganiczne, zwierzę przeżyje pod warunkiem, że dawka była mała. Jeżeli zdążymy umyć je i podać mu leki, będzie miało ślinotok i zaburzenia psychomotoryczne, które po kilku dniach miną. – Dla obficie skropionego kota zwykle nie ma ratunku. Mieliśmy w klinice sporo takich przypadków – opowiada zwierzęcy internista.

Okazuje się, że niektóre psie środki mogą zaszkodzić kotu, nawet jeśli mu ich nie podaliśmy! – Wystarczy, że przytuli się do psa, poociera o niego i wskutek tego może umrzeć – dodaje dr Połozowski. Chcieliśmy zabić wroga, ale rykoszetem dostał nasz przyjaciel.

Okazuje się, że niektóre psie środki mogą zaszkodzić kotu, nawet jeśli mu ich nie podaliśmy! – Wystarczy, że przytuli się do psa, poociera o niego i wskutek tego może umrzeć – dodaje dr Połozowski. Chcieliśmy zabić wroga, ale rykoszetem dostał nasz przyjaciel.

Dlatego w walce z kleszczami rutyna okazuje się szczególnie złym doradcą.

Tym zaś, którzy chcą się przy okazji dowiedzieć czy i w jakich warunkach kleszcz może być groźny dla człowieka, polecam arcyciekawy artykuł z „Gazety Wrocławskiej”. Okazuje się, że nie każdy kleszcz oznacza wielkie kłopoty. I wcale po wbiciu się pajęczaka w skórę naszą czy naszego dziecka nie musimy od razu stosować antybiotyków!

Zdjęcie: Maciej Sas (1), Pixabay.com (2)

Patogeny chorobotwórcze przekazują nie tylko dorosłe kleszcze. Samica, która zakaziła się borelią od zwierzęcia, słada zakażone jaja. Z nich wykluwają się zakażone larwy. Czasem lekceważy się ich znaczenie, bo najczęściej atakują małe gryzonie. Kleszcz pospolity na każdym etapie rozwoju (larwa – nimfa – postać dorosła) musi mieć dostęp do pokarmu, a w międzyczasie linieje.

Jak wygląda złożenie jaj i wyklucie się larw? Samica po nassaniu się krwi powiększa się kilkanaście razy. Pokarm pobiera głównie po to, by mieć zapas substancji odżywczych, które pozwolą jej wyprodukować jaja po zapłodnieniu. Jest ich od 1000 do 2500, u niektórych gatunków nawet 4500.

Matka składa je w pakiecie, który jest przytwierdzony do jej ciała. Potem zamiera, zaś niewykorzystany pokarm stanowi mikrośrodowisko zapewniające jajom minimalną wilgotność. – Dziwią się ludzie, że kleszcze są takie wredne. Jak mają nie być wredne, jeśli larwy rodzą się przy martwej matce? – żartuje dr Andrzej Połozowski.

Okres rozwoju dla kleszcza pospolitego to w najlepszym układzie pół roku, a zwykle rok. Dla kleszcza łąkowego – 6–7 miesięcy. Ale nie z każdym kleszczem jest tak samo – w Afryce żyje Boophilus annulatus, który ma jednego żywiciela. Odżywia się tylko krwią bydła. Larwa, która zaatakuje zwierzę, zostaje na nim aż do osiągnięcia dojrzałości (2–4 tygodnie). Ma pod dostatkiem pokarmu, odpowiednią temperaturę i wilgotność. W takich warunkach w ciągu roku może przyjść na świat kilka, a nawet kilkanaście pokoleń kleszczy.