Jak stwierdzić, że kota bolą stawy? Po czym poznać, że się futrzak rozchorował? Wiadomo, są: biegunka, wymioty, osowiałość. Kiedy mój kosmaty przyjaciel Bubusław zatkał się, nie mogąc wydalić tego, co wcześniej pożarł, był potwornie smutny. I siedział cicho w kącie. Ale nie zawsze tak jest!

Nie przez przypadek słyszę często, przesiadując gdzieś w weterynaryjnej poczekalni, że „kot to trudny pacjent” albo że „koty świetnie maskują chorobę”. A to problem, bo gdy się zorientuję, może być za późno. Jak więc rozpoznać, że mojego domowego tygrysa coś boli?

O podpowiedź Zwierz Dobry poprosił eksperta, weterynaryjnego internistę, doktora Wojciecha Hildebranda:

Czy koty potrafią maskować ból?

utworzone przez Zwierzdobry.pl: Maciej Sas i dr Wojciech Hildebrand

Rozwiń transkrypcję rozmowy

Podobno koty są trudnymi pacjentami? Nie dlatego że podrapią czy pogryzą lekarza, ale głównie, dlatego, że (jak słyszałem) potrafią świetnie maskować swoje problemy, na przykład ból.
Ja bardzo lubię koty – sam mam dwa w domu, psa też. Natomiast wydaje mi się, że ta trudność wynika z pewnego schematu, sposobu życia, stylu życia tych zwierząt i też tego, w jaki sposób one są utrzymywane w domu. Pies wymaga pełnej troski, wychodzenia na spacer, uwagi i my jesteśmy z nim związani: przychodzi do nas, wołamy go, dotykamy, głaszczemy. Natomiast kot jest traktowany ciągle w naszej tradycji tak, że to jakieś takie zwierzę, które żyje sobie swoim życiem, gdzieś obok nas. W zasadzie to wymaga tylko wyczyszczenia kuwety, nasypania pokarmu do miski i nalania wody. I my tak traktujemy tego kota – on jest troszeczkę z boku. Ale oczywiście są właściciele (ich jest coraz więcej), którzy koty przyganiają, opiekują się nimi, głaszczą je – mają z nimi dobry kontakt. I to, że funkcjonuje taka opinia, że kot jest trudnym pacjentem (jakimś takim enigmatycznym) wynika po części z tego, że my, tak brzydko mówiąc, nie przykładamy się do dokładnej ich obserwacji – to po pierwsze. A druga sprawa jest też taka, że faktycznie – jeżeli można by porównać psa do ekstrawertyka, to kot jest z kolei takim introwertykiem, czyli trzeba go bardzo dokładnie oglądać …

Bardzo dobrze znać?
Tak, zwłaszcza, jeśli chodzi o objawy bólowe. Pies często stęka, sapie. Jak coś go boli, pokazuje to nader przesadnie – można by powiedzieć.

Jeżeli można by porównać psa do ekstrawertyka, to kot jest z kolei introwertykiem.

Tak, żeby człowiek zobaczył to na pewno.
Właśnie, żeby człowiek zobaczył. Natomiast koty będą bardziej wycofane. Może to, że kota coś boli, my odczytujemy, że on by chciał być teraz sam, więc „zostawmy go w spokoju”. A on się chowa, bo taka jest jego natura i ucieka przed jakimiś przypadkowymi zagrożeniami. Powinno zwrócić naszą uwagę to, że kot stracił apetyt, że zaniedbuje zabiegi higieniczne, przestał się lizać, to, że nagle nie wskakuje już na parapet, na okna czy na blat kuchenny.

To też sygnał ostrzegawczy?
Oczywiście, to są sygnały, które mówią, że coś jest nie tak. Dlatego mówię, że bardzo dużo zależy od właściciela. W przypadku kotów diagnoza o dużo bardziej jest zależna od tego, co powie właściciel i co zaobserwuje, niż w przypadku psów. Dlatego często widzę zwierzę zestresowane, które na mnie syczy – pod wpływem stresu, chociażby tego, że jest przywiezione w klatce do lekarza, jest w nowym miejscu. Ta adrenalina powoduje zamaskowanie wielu objawów. Stąd istotne jest to, co mówi właściciel, na co on nam zwraca uwagę.

Wynika z tego, że dobrze jest nauczyć się kociego języka? Dobrze poznać swojego kota, bo wtedy lepiej będziemy widzieli to, o czym Pan powiedział: dlaczego nagle zmieniło się jego zachowanie?
W ogóle osoby, które są uważniejszymi obserwatorami, wcześniej zauważą pewne rzeczy. Ludzie, którzy mają taki lekceważący stosunek do zwierząt, pewnych rzeczy nie zauważą. Będą to składać na karb tego, że…

Kociego usposobienia?
Tak, usposobienia. Sam – jak już wspomniałem – mam w domu dwa koty. One bardzo się różnią: jeden miauczy, jak jest głodny, miauczy, jak chce, żeby go podnieść na parapet (bo jest za gruby, żeby tam wskoczyć…) i tak dalej. Natomiast kotka, ta druga, jest żywa, wesoła i zawsze, jak czegoś chce, to raczej sama będzie starała się to osiągnąć, niż „prosić” kogoś o pomoc.

Zachowują się więc jak dwójka różnych ludzi?
Zachowują się raczej trochę jak pies i kot (uśmiech).

To, co Pan powiedział przed chwilą, jest bardzo ważne: w przypadku psa, mówiąc krótko, lekarz weterynarii może sam wywnioskować więcej z niego zachowania i z badań. Natomiast w przypadku kota niezbędna jest obserwacja właściciela. Dobrze to zrozumiałem?
Tak, bardzo dobrze – o to mi chodziło. Chodzi o to, że w przypadku kotów bardzo, bardzo wiele informacji użytecznych uzyskujemy od właściciela, który uważnie obserwuje to zwierzę w domu. Bo ono w domu sygnalizuje pewne objawy, których nie zasygnalizuje w momencie badania lekarsko-weterynaryjnego. Trzeba bardzo dokładnego badania, żeby pewne niuanse w zachowaniu kota zbadać. Np. bolesność stawów – kot czasami miauknie, czasami syknie, ale my nie wiemy, czy on się złości, że my go dotykamy, czy go faktycznie coś boli. Jeżeli właściciel mówi, że w domu on kuleje, utyka, nie pozwala się do siebie zbliżyć, to już jest dla mnie informacja, że to chyba nie jest kwestia jego charakteru, ale faktycznie go boli. I to już jest na przykład wskazanie do wykonania badań dodatkowych, jak chociażby prześwietlenia stawów.

Mówiąc krótko: jedziesz człowieku do Wielkiej Brytanii – uczysz się angielskiego, chcesz mieć kota – naucz się kocizmu?
Ucz się kociego – dokładnie tak.

O tym, że nie można się dobrze opiekować kotami, nie znając ich natury, Zwierz Dobry pisał już kilka razy. Dla przypomnienia warto zajrzeć do rozmowy z zoopsychologiem Marcinem Wierzbą.

Sam – intuicyjnie – stosuje prostą zasadę: jeśli moje koty nagle zachowują się w dziwny, nietypowy sposób (dotąd nieobserwowany u nich), natychmiast uznaję je za podejrzane o chorobę. A skoro tak, muszą być nieustannie szpiegowane. Można powiedzieć, że zaczynam się zachowywać tak, jak zwykle one w stosunku do mnie: nieustannie szpieguję je. I zaglądam wścibsko wszędzie tam, gdzie próbują się przede mną schować. Dzięki temu kilka razy udało się zapobiec poważniejszym kłopotom…

 

Fot. Maciej Sas